Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wakacje w Polsce. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wakacje w Polsce. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 15 sierpnia 2017

To tu, to tam - Polska i Alzacja

Witajcie Kochani, Wyobraźcie sobie, że na wariackich papierach wybrałam się na szybkie wakacje do Polski. Na wariackich, ponieważ całkiem nie miałam głowy i dziesięć dni minęło jeszcze bardziej błyskawicznie, niż się spodziewałam...


Przed samym wyjazdem skoczyliśmy z Lubym na relaksacyjną kolacyjkę. Powoli delektowałam się serowym fondue, a później to już był istny galop!




Jak zwykle lecieliśmy z Chalreroi, gdyż  z północy Francji mamy na to belgijskie lotnisko najbliżej.



Wylądowaliśmy w Warszawie, a stamtąd przejechaliśmy do Łodzi. Czas mijał na spotkaniach rodzinnych i miłe chwile spędziliśmy przed Manufakturą.
W tym roku także czekała na nas plaża z orzeźwiającymi Mojito i szczególnie mi smakowały, gdyż trafiliśmy akurat na wielki upał:)
Odkryliśmy świetną żydowską restaurację o wdzięcznej nazwie Anatewka (pierwsze foto powyżej). Okazało się, że nie tylko jedzenie przepyszne, ale w karcie znajdowało się moje ulubione wino Gewurztraminer. Wino było idealnym wstępem do wydarzeń powakacyjnych, ale o tym napiszę za chwilkę:)
Na ostatnim foto Luby przygotowuje się do wielkiego lotu...
Między dwoma budynkami kompleksu Manufaktury rozpięto bowiem w tym roku linę i po tej linie można było się przejechać.
To zdecydowanie przyjemność dla tych, którym wysokość nie straszna i tak więc ja zostałam w dole i pstrykałam zdjęcia:)
Na Piotrkowskiej spotkałam Misia Uszatka, a w jednej z bram odwiedziłam koci tea room...
Kocie Oczy serwują herbatkę, ciasto itp. i na małej, ale ciekawej przestrzeni urzęduje bodajże pięć kotów.
Jest cicho i kameralnie i futrzakom zdecydowanie udziela się leniwa atmosfera.

Pomiędzy przyjemnościami znalazłam czas na małe zakupy i zaopatrzyłam się w kordonki, igiełki i tym podobne akcesoria. Wpadła mi w ręce także torebeczka z sowami i artykułowany konik:)


W prezencie dostałam dużo lalkowych ubranek i drobiazgów, które z pewnością Wam pokażę w przyszłości.


Po wieczornym powrocie z polskich wakacji do Francji przepakowaliśmy walizkę, aby następnego dnia rano wyruszyć  na ślub do Alzacji.

Tempo dało mi się we znaki, ale nawet dwunastogodzinna podróż nie odebrała mi przyjemności podziwiania miasteczka Kaysersberg i w ogóle widoków, które naprawdę zapierały dech w piersiach.
Trafiliśmy na lokalny festyn i tam napiliśmy się piwa i zjedliśmy tradycyjny Flammekueche.
Słuchaliśmy występów akordeonistów i alzackiego języka, a następnego dnia, przed ślubem, poszliśmy skosztować win z pobliskich winiarni i jeszcze przed obiadem udało nam się zakupić parę butelek organicznego Gewurztraminer'a i Riesling'a.
Muszę przyznać, że obiadowy Flammekueche w restauracji nie smakował mi tak bardzo, jak ten na festynie, ale również był dobry i przy okazji miałam okazję znów dogodzić sobie orzeźwiającym, niemieckim piwem:)

Co do samego miasteczka Kaysersberg, to zauroczyło mnie ono uliczkami i zabudową. Czułam się jak w średniowieczu.
Wynajęliśmy mieszkanie, które kiedyś było chyba kuźnią. Nad podwójnym wejściem znajdował się kamienny symbol podkowy:)
W drodze powrotnej pstrykałam zdjęcia z samochodu i przymknijcie proszę oko na ich jakość, ponieważ mój telefon zdecydowanie nie spełnia się w roli aparatu:)

Mimo że tak krótko miałam okazje przebywać w Alzacji, to zdążyła mnie w sobie rozkochać. Na pewno tam wrócę i zjem jeszcze niejednego precla.

Teraz już jestem z Wami z powrotem i będę nadrabiać zaległości w blogosferze.

Ślę Wam moc buziaków i ciepłe uściski.

PEACE

piątek, 26 sierpnia 2016

Po wakacjach w Polsce cz.3 - Zawodzie

Skansen na Zawodziu to piękne i malownicze miejsce Kalisza. Zrekonstruowany częściowo gród jest niewątpliwą ozdobą Rezerwatu Archeologicznego Zawodzie i właśnie do tego miejsca pragnę Was dziś zaprosić.

Makieta pozwala wyobrazić sobie, jak to było około 850 roku. Możemy zobaczyć wczesnośredniowieczne mury i chatki.
Obecnie wygląda, to tak:
Świętowit, zwany potocznie Światowidem, stoi sobie dumnie na jednym ze wzgórz i przypomina o pogańskich korzeniach ludów słowiańskich.
Czterema parami oczu bacznie obserwuje turystów i gwarantuje im wszelakie dobrodziejstwa. Nieco nieśmiało uśmiecha się do zdjęcia i wspomina dawne czasy.


U podnóża wzniesienia, w zielonej dolinie znajdują się budynki mieszkalne, które widziane z daleka przenoszą w czasie.
Ja czułam się jak przybysz z przyszłości, podglądacz, któremu dane jest zawitać do starodawnej osady.

Do budynków można zaglądać, ale dostępu bronią sznurkowe barierki i nieco wchodzi to w paradę, ale cóż, zakaz trzeba uszanować, aby nie narażać się za klątwę bogów:)


Żywi przedstawiciele piastowskiego drobiu również nie umknęli mojej uwadze. Przy jednej z chat znajduje się przyjemnie zacieniony kurnik. Mieszka w nim kogutek z rodziną. Przyznam szczerze, że spędziłam przy tym płotku sporo czasu:)
Po drugiej stronie chatki...
...swoje mini królestwo miały akurat puchate owieczki i kózka.
Maluchy dawały się głaskać i karmić. Gustowały szczególnie w długich liściach mniszka lekarskiego:)
Słoneczko przypiekało, ale w tak wspaniałym otoczeniu zmęczenie nie dopadało. Szkoda było wracać.
Zanim pożegnałam skansen Zawodzie zajrzałam do wnętrza starej wiejskiej chaty. Tam wchodzić było wolno. Na ścianach wisiały fotografie byłych mieszkańców, a wnętrza wypełniały przedmioty użytku codziennego.
Niezwykle do gustu przypadło mi mięciutko wyglądające łóżko:)




























Tą wizytą kończę już serię wspomnień wakacyjnych. Bardzo Wam dziękuję, że zechcieliście mi towarzyszyć w podróży i mam nadzieję, że się nie nudziliście:)

Czas udać się na lotnisko i pokrzepić się przed lotem w jednym z barów.














A teraz bez reszty pochłania mnie nowa robótka:)


Na warsztacie znów kwadraty babuni. Tym razem szydełkuję grubszą bawełną, którą dostałam w prezencie i która bardzo przyjemnie śmiga przez palce.

Życzę Wam spokojnego, miłego dnia. Trzymajcie się ciepło.

PEACE