Witajcie Kochani, Jeszcze trochę za ciepło na wełniane poncho, ale do zdjęcia można było założyć:D
Biała wełna sprawdziła się bardzo dobrze w tym prostym projekcie i powiem Wam, że grzeje konkretnie! U nas dziś podobno 8 stopni Celsjusza, ale mnie się wydaje, że jednak jest cieplej...no chyba że to poncho aż takie cieplutkie:)
W każdym razie, kilka dobrych dni dziergania i mam odzienie wierzchnie na mrozy. Na zdjęciach akurat założyłam poncho na polar, ale można i na cieplejszy płaszczyk itp.
Jak się Wam podoba ten element stroju? Nosicie poncha? Lubicie?
Ślę Wam gorące buziaki!
PEACE
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą stylizowałam się :p. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą stylizowałam się :p. Pokaż wszystkie posty
środa, 7 listopada 2018
niedziela, 23 września 2018
Przyjechała zapłakana jesień...
Witajcie Kochani, u nas w okolicy zjazd starych samochodów i chyba jednym z nich przyjechała jesień, ale nie ta kolorowa, tylko bura i płaczliwa.
Czas na cieplejsze odzienie i na aromatyczną herbatkę w herbaciarni.
W domu też sobie popijam i od razu poprawia mi się humor.
A Wy co sobie serwujecie na podwyższenie nastroju w jesienną pogodę?
Uściski!:)
PEACE
Czas na cieplejsze odzienie i na aromatyczną herbatkę w herbaciarni.
W domu też sobie popijam i od razu poprawia mi się humor.
A Wy co sobie serwujecie na podwyższenie nastroju w jesienną pogodę?
Uściski!:)
PEACE
poniedziałek, 3 lipca 2017
Szydełkowy łabędź (wzór) + Po co chodzić do restauracji?
Witajcie Kochani, Jak tam Wasz weekend? U mnie było przyjemnie chłodno i wieczorami przydawał się cieplejszy sweter.

Uwielbiam taką właśnie sweterkową pogodę i najchętniej zastąpiłabym nią gorące letnie dni:)

Dawno się z Wami nie widziałam, więc daję trochę zdjęć z przyjemnego popołudnia piątkowego. Do mini sesji zmobilizowała mnie bluzka, która niedawno z polskiego SH trafiła w me ręce i grzecznie czekała na uliczny debiut. W piątkowy wieczór Luby zabrał mnie na obiad do małej restauracji i wypad wydał mi się idealną okazją na przetestowanie tego elementu odzienia. Jestem zadowolona, ale w restauracji bynajmniej nie zajmowałam myśli strojem...:)

Do aperitifu zamiast zwyczajowych zakąsek dostaliśmy niespodziankową zupę pomidorową na zimno. Serwowana w słoiczkach ze słomką była pyszna. Na pewno miała składzie ogórka, sok z cytryny i słodką przyprawę no i oczywiście pomidora:) Do tego była podlana jakimś olejem i ozdobiona pietruszką. Muszę spróbować podrobić:)
Moją przystawką była sałatka warzywna z sosem winegret i grzankami z kozim serem.
Na główne danie wpałaszowałam burgera z domowej roboty frytkami. W mojej sałatce były takie małe, czerwone, słodziutkie papryczki. Pierwszy raz widziałam i zjadłam je ze smakiem. Ciekawostką był malinowy winegret. Fajnie komponował się z mięsem i warzywami. Powiem Wam, że do domu wróciłam bardzo zadowolona.
Teraz zdradzę Wam pewien sekret, który wyjawiła mi Francja. Restauracja to nie zbyteczna fanaberia. W domu bez wątpienia można się najeść taniej, ale wyjście do restauracji to jedynie w połowie doznanie dla podniebienia. Wcale nie trzeba wydać wielkiej kasy, aby było smacznie i przyjemnie. W domowym zaciszu można przyrządzić prawdziwą wyżerkę, ładnie się ubrać i spędzić wspaniałe chwile, ale jednak bycie obsłużonym sprzyja rozmowie. Nie ma gdzie uciec:) Nie da się przesiedzieć kilku godzin w nosem w telefonie, gdy naprzeciwko mamy towarzyszy wyprawy. Tematy konwersacji pojawiają się jakoś zwinniej niż podczas domowej posiadówki. Nikt nic nie traci, nie trzeba powtarzać, bo kelner tylko czeka, aby nas odciążyć. No chyba, że trafimy na miejsce pełne zagubionej obsługi:)
Znam domy, w których podczas rodzinnych posiłków nakazuje się ciszę, "bo jak pies je, to nie szczeka" i nie mam na ten temat nic dobrego do powiedzenia. Nie powinno być cicho! Życie pędzi, relacje międzyludzkie cierpią i spotkania przy stole są idealnym momentem do zbliżeń. W końcu obok siebie nie siedzą przypadkowe osoby.
Domowe stołowanie się jest zdrowsze? Nie mogę się tu spierać. Nie każdy kucharz używa organicznych składników. Czy jednak gdy raz na kilka miesięcy zjemy coś, co nie dojrzało naturalnie, bez nawozów i na lokalnej farmie, robimy sobie większą krzywdę, niż codziennie otwierając okno i wdychając powietrze pełne związków chemicznych?
Ktoś mi powiedział, że nie je poza domem, bo jedzenie jest niesmaczne. Prawdopodobieństwo zawodu jest, ale do takiego miejsca przecież już się nie wraca. Mnie zdarzyło się raz oddać danie do kuchni. Nie zrobiłam tego w żaden perfidny sposób z krzykiem ani nic. Po prostu kelner zapytał, jak mi smakuje i byłam szczera. Makaron za miękki, sos serowy z grzybami okazał się śmietaną bez grzybów i z pięcioma plasterkami sera. Nie dałam rady zjeść i ów kelner po prostu zabrał danie do kuchni i przeprosił mnie, a na koniec odliczył potrawę od rachunku. Innym razem zamówiłam pizzę, która była jak w opisie, ale jednak ciasto przypominało naleśnik i wraz z nawałem sera stworzyło coś, co nie przeszło mi przez gardło. Rozczarowała mnie także bardzo restauracja znanej polskiej restauratorki. Błędy ortograficzne w menu przyćmiło obrzydliwe Mojito (sfermentowana mięta), kelner upewniający się, czy stek ma, aby na pewno, ale to na pewno być średnio wysmażony, po czym i tak przyszła podeszwa, której towarzyszyła mini gastronomiczna porcja mało wyjątkowego makaronu i wino podane w niewłaściwy sposób. O Mojito musiałam się dopytać, ponieważ chyba po prostu zapomniano (...a może liczyli, że zostanie zapomniane?:) Być może w ramach nadrobienia czasowego nie odczekano, aż skończyliśmy aperitif i nieszczęsne główne danie wjechało za wcześnie. Po wszystkim nadal byłam głodna, więc (oj głupia!) zamówiłam pizzę. Ciasto (ciasteczko, ciastunio, skrawek ciasta?) odmierzano bez skrępowania na moich oczach przy pomocy specjalnej miarki... Delikatnie powiedziałam, co było nie tak z mięsem i alkoholem itd., ale niestety spotkało mnie zero odzewu. Tak więc różnie to bywa, ale przeważnie jestem zadowolona. Gra zdecydowanie warta świeczki:)
Po spotkaniu w restauracji nie tylko nie musimy zmywać, ale dajemy sobie interaktywną formę spędzania czasu. Alternatywą dla restauracji może być cukiernia, pizzeria, kebab i po prostu w dwóch słowach jakakolwiek jadłodajnia, która zadowoli nasze gusta. Jedzenie jest uzupełnieniem siedzenia obok siebie i dialogu. Otrzymujemy bodźcie, jakich nie uświadczymy w domu. Dookoła mamy innych przedstawicieli naszego gatunku, często również muzyczkę, a wybór miejsca przy oknie może nasunąć niespodziewany temat rozmowy:)
Dlaczego na początku napisałam, że to Francja uświadomiła mi "misję" restauracji? W ty kraju jada się poza domem często z musu, ale również jest to część kultury i sposób socjalizacji. Kiedy byłam mała, to lubiłam chodzić do baru mlecznego. W miarę jak dorastałam, czar gdzieś prysł i samo jakoś tak się stało, że treściwsze jedzenie skojarzyło mi się z domowym obowiązkiem. Na zewnątrz była sporadycznie pizza i od wielkiego dzwonu spontaniczny zryw ku innemu menu. Francja zagnała mnie z powrotem na zapomniane tereny. Znów cieszy mnie restauracja. Wybieram się od czasu do czasu i nie z powodu specjalnych okazji, ale ot tak. Fajnie jest dzielić myśli w niecodziennym miejscu i przy wspólnym posiłku.To taka uczta dla duszy i ciała.
A Wy co sądzicie o chodzeniu do restauracji? Może wolicie jeść w domu?
* * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * *
Chcę także Wam pokazać małego szydełkowego łabędzia. Powstał z kordonka. Użyłam szydełka 1,25mm. Nie mamy świątecznego sezonu, ale łabędź z powodzeniem może zawisnąć na choinkowej gałązce. Da się go również wykorzystać w karuzeli dla dziecka lub po prostu jako małą zabaweczkę:)

Jeśli chcecie zrobić takie sympatyczne zwierzątko, to oto i diagramy, z których korzystałam i wzór, który spisałam dla Was, gdyż rysunki nie pokrywają wszystkich części ciała.
SZYDEŁKOWY ŁABĘDŹ (wzór)
Ciałko:
Ostatni rządek ma słupki, ale żeby stworzyć łabędzia bez dziur u dołu, zastąpiłam te słupki trzema rządkami półsłupków.
Skrzydełka:
Do obu skrzydełek jest tylko jeden schemat, ale jeśli zrobimy dwa identyczne, to nie będą one mogły być doszyte symetrycznie i żeby jednocześnie strona, którą obierzemy za prawą, była obu przypadkach ta sama.
Dlatego ja jedno skrzydełko zrobiłam według schematu, a drugie jak odbicie lustrzane (czyli na początku po zrobieniu 18płs dałam 2 oczka ścisłe i w ten też sposób pomijałam za każdym razem dwa oczka na początku odpowiedniego rządka, a nie na końcu)
Szyja z głową:
Nie miałam schematu do szyi i głowy, ale popatrzyłam na fotografię i opracowałam prosty wzór.
1. 17oł, 16płs w oczka łańcuszka, zaczynając od drugiego oł od szydełka, ł1, odwróć
2.*16płs,oł, odwróć*x5, po ostatnim powtórzeniu zakończyć
Dziobek:
Dołączamy od krótszego brzegu robótki inny kolor kordonka (pomarańczowy)
1. ł1, robimy 5płs (rozmieszczając je równomiernie), ł1, odwróć,
2. 5płs, zakończamy

Zszywamy dziobek pomarańczowym kordonkiem i szyję kolorem, którym dziergaliśmy łabędzia. Lekko wypychamy.
Zszywamy elementy ( w trakcie szycia ciałko wypychamy) i wyszywamy czarny element na dziobku i oczka.

Ściskam Was serdecznie i przesyłam buziaki!:)
PEACE

Uwielbiam taką właśnie sweterkową pogodę i najchętniej zastąpiłabym nią gorące letnie dni:)

Dawno się z Wami nie widziałam, więc daję trochę zdjęć z przyjemnego popołudnia piątkowego. Do mini sesji zmobilizowała mnie bluzka, która niedawno z polskiego SH trafiła w me ręce i grzecznie czekała na uliczny debiut. W piątkowy wieczór Luby zabrał mnie na obiad do małej restauracji i wypad wydał mi się idealną okazją na przetestowanie tego elementu odzienia. Jestem zadowolona, ale w restauracji bynajmniej nie zajmowałam myśli strojem...:)

Do aperitifu zamiast zwyczajowych zakąsek dostaliśmy niespodziankową zupę pomidorową na zimno. Serwowana w słoiczkach ze słomką była pyszna. Na pewno miała składzie ogórka, sok z cytryny i słodką przyprawę no i oczywiście pomidora:) Do tego była podlana jakimś olejem i ozdobiona pietruszką. Muszę spróbować podrobić:)
Moją przystawką była sałatka warzywna z sosem winegret i grzankami z kozim serem.
Na główne danie wpałaszowałam burgera z domowej roboty frytkami. W mojej sałatce były takie małe, czerwone, słodziutkie papryczki. Pierwszy raz widziałam i zjadłam je ze smakiem. Ciekawostką był malinowy winegret. Fajnie komponował się z mięsem i warzywami. Powiem Wam, że do domu wróciłam bardzo zadowolona.
Teraz zdradzę Wam pewien sekret, który wyjawiła mi Francja. Restauracja to nie zbyteczna fanaberia. W domu bez wątpienia można się najeść taniej, ale wyjście do restauracji to jedynie w połowie doznanie dla podniebienia. Wcale nie trzeba wydać wielkiej kasy, aby było smacznie i przyjemnie. W domowym zaciszu można przyrządzić prawdziwą wyżerkę, ładnie się ubrać i spędzić wspaniałe chwile, ale jednak bycie obsłużonym sprzyja rozmowie. Nie ma gdzie uciec:) Nie da się przesiedzieć kilku godzin w nosem w telefonie, gdy naprzeciwko mamy towarzyszy wyprawy. Tematy konwersacji pojawiają się jakoś zwinniej niż podczas domowej posiadówki. Nikt nic nie traci, nie trzeba powtarzać, bo kelner tylko czeka, aby nas odciążyć. No chyba, że trafimy na miejsce pełne zagubionej obsługi:)
Znam domy, w których podczas rodzinnych posiłków nakazuje się ciszę, "bo jak pies je, to nie szczeka" i nie mam na ten temat nic dobrego do powiedzenia. Nie powinno być cicho! Życie pędzi, relacje międzyludzkie cierpią i spotkania przy stole są idealnym momentem do zbliżeń. W końcu obok siebie nie siedzą przypadkowe osoby.
Domowe stołowanie się jest zdrowsze? Nie mogę się tu spierać. Nie każdy kucharz używa organicznych składników. Czy jednak gdy raz na kilka miesięcy zjemy coś, co nie dojrzało naturalnie, bez nawozów i na lokalnej farmie, robimy sobie większą krzywdę, niż codziennie otwierając okno i wdychając powietrze pełne związków chemicznych?
Ktoś mi powiedział, że nie je poza domem, bo jedzenie jest niesmaczne. Prawdopodobieństwo zawodu jest, ale do takiego miejsca przecież już się nie wraca. Mnie zdarzyło się raz oddać danie do kuchni. Nie zrobiłam tego w żaden perfidny sposób z krzykiem ani nic. Po prostu kelner zapytał, jak mi smakuje i byłam szczera. Makaron za miękki, sos serowy z grzybami okazał się śmietaną bez grzybów i z pięcioma plasterkami sera. Nie dałam rady zjeść i ów kelner po prostu zabrał danie do kuchni i przeprosił mnie, a na koniec odliczył potrawę od rachunku. Innym razem zamówiłam pizzę, która była jak w opisie, ale jednak ciasto przypominało naleśnik i wraz z nawałem sera stworzyło coś, co nie przeszło mi przez gardło. Rozczarowała mnie także bardzo restauracja znanej polskiej restauratorki. Błędy ortograficzne w menu przyćmiło obrzydliwe Mojito (sfermentowana mięta), kelner upewniający się, czy stek ma, aby na pewno, ale to na pewno być średnio wysmażony, po czym i tak przyszła podeszwa, której towarzyszyła mini gastronomiczna porcja mało wyjątkowego makaronu i wino podane w niewłaściwy sposób. O Mojito musiałam się dopytać, ponieważ chyba po prostu zapomniano (...a może liczyli, że zostanie zapomniane?:) Być może w ramach nadrobienia czasowego nie odczekano, aż skończyliśmy aperitif i nieszczęsne główne danie wjechało za wcześnie. Po wszystkim nadal byłam głodna, więc (oj głupia!) zamówiłam pizzę. Ciasto (ciasteczko, ciastunio, skrawek ciasta?) odmierzano bez skrępowania na moich oczach przy pomocy specjalnej miarki... Delikatnie powiedziałam, co było nie tak z mięsem i alkoholem itd., ale niestety spotkało mnie zero odzewu. Tak więc różnie to bywa, ale przeważnie jestem zadowolona. Gra zdecydowanie warta świeczki:)
Po spotkaniu w restauracji nie tylko nie musimy zmywać, ale dajemy sobie interaktywną formę spędzania czasu. Alternatywą dla restauracji może być cukiernia, pizzeria, kebab i po prostu w dwóch słowach jakakolwiek jadłodajnia, która zadowoli nasze gusta. Jedzenie jest uzupełnieniem siedzenia obok siebie i dialogu. Otrzymujemy bodźcie, jakich nie uświadczymy w domu. Dookoła mamy innych przedstawicieli naszego gatunku, często również muzyczkę, a wybór miejsca przy oknie może nasunąć niespodziewany temat rozmowy:)
Dlaczego na początku napisałam, że to Francja uświadomiła mi "misję" restauracji? W ty kraju jada się poza domem często z musu, ale również jest to część kultury i sposób socjalizacji. Kiedy byłam mała, to lubiłam chodzić do baru mlecznego. W miarę jak dorastałam, czar gdzieś prysł i samo jakoś tak się stało, że treściwsze jedzenie skojarzyło mi się z domowym obowiązkiem. Na zewnątrz była sporadycznie pizza i od wielkiego dzwonu spontaniczny zryw ku innemu menu. Francja zagnała mnie z powrotem na zapomniane tereny. Znów cieszy mnie restauracja. Wybieram się od czasu do czasu i nie z powodu specjalnych okazji, ale ot tak. Fajnie jest dzielić myśli w niecodziennym miejscu i przy wspólnym posiłku.To taka uczta dla duszy i ciała.
A Wy co sądzicie o chodzeniu do restauracji? Może wolicie jeść w domu?
* * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * *
Chcę także Wam pokazać małego szydełkowego łabędzia. Powstał z kordonka. Użyłam szydełka 1,25mm. Nie mamy świątecznego sezonu, ale łabędź z powodzeniem może zawisnąć na choinkowej gałązce. Da się go również wykorzystać w karuzeli dla dziecka lub po prostu jako małą zabaweczkę:)

Jeśli chcecie zrobić takie sympatyczne zwierzątko, to oto i diagramy, z których korzystałam i wzór, który spisałam dla Was, gdyż rysunki nie pokrywają wszystkich części ciała.SZYDEŁKOWY ŁABĘDŹ (wzór)
Ciałko:
Ostatni rządek ma słupki, ale żeby stworzyć łabędzia bez dziur u dołu, zastąpiłam te słupki trzema rządkami półsłupków.Skrzydełka:
Do obu skrzydełek jest tylko jeden schemat, ale jeśli zrobimy dwa identyczne, to nie będą one mogły być doszyte symetrycznie i żeby jednocześnie strona, którą obierzemy za prawą, była obu przypadkach ta sama.Dlatego ja jedno skrzydełko zrobiłam według schematu, a drugie jak odbicie lustrzane (czyli na początku po zrobieniu 18płs dałam 2 oczka ścisłe i w ten też sposób pomijałam za każdym razem dwa oczka na początku odpowiedniego rządka, a nie na końcu)
Szyja z głową:
Nie miałam schematu do szyi i głowy, ale popatrzyłam na fotografię i opracowałam prosty wzór.
1. 17oł, 16płs w oczka łańcuszka, zaczynając od drugiego oł od szydełka, ł1, odwróć
2.*16płs,oł, odwróć*x5, po ostatnim powtórzeniu zakończyć
Dziobek:
Dołączamy od krótszego brzegu robótki inny kolor kordonka (pomarańczowy)
1. ł1, robimy 5płs (rozmieszczając je równomiernie), ł1, odwróć,
2. 5płs, zakończamy

Zszywamy dziobek pomarańczowym kordonkiem i szyję kolorem, którym dziergaliśmy łabędzia. Lekko wypychamy.
Zszywamy elementy ( w trakcie szycia ciałko wypychamy) i wyszywamy czarny element na dziobku i oczka.

Ściskam Was serdecznie i przesyłam buziaki!:)
PEACE
niedziela, 28 maja 2017
Morskie opowieści:)
Witajcie Kochani, W piątek wróciłam znad szybkiego wypadu nad morze. Znów wybraliśmy się do Berck ( Berck we wrześniu, Berck w marcu), lecz tym razem było bardzo ciepło i tłoczno. Wyjechaliśmy z Berck tuż przed weekendem, ale i tak upał i szeroka plaża zwabiły rzesze turystów.
O choćby najmniejszej krzcie prywatności nie było mowy dosłownie nigdzie (no z wyjątkiem łazienki i sypialni...)

W piątek z promenady roztaczał się widok na ścisłą zabudowę leżakowo - ręcznikową. A jeszcze w luźniejszy czwartek z perspektywy Lubego było tak:

...i tak:)

Wyobraźcie sobie, że bez tego mini namiotu nie wyszłabym na słońce, bo dzień wcześniej w mniejszym upale zdążyłam się już przyrumienić przez filtr 50.
Zaważyłam, że sporo osób pojawiło się właśnie z takim schronieniem. Dodatkowo przyjemny wiaterek łagodził żar.
Z perspektywy namiotowej świat wyglądał następująco:

Największą atrakcją były w moim przypadku spacery i to właśnie podczas nich zrobiłam najwięcej zdjęć.
Nieustannie zachwycają mnie falochrony w Berck. Jest ich bardzo dużo i calutkie zrobione są z głazów, na których zielenią się wodorosty.




Te falochrony tworzą bardzo szczególną atmosferę. Człowiek ma się ochotę uszczypnąć i upewnić czy aby na pewno nie śpi, bo krajobraz jest nierzeczywiście bajkowy. Wielkie kamienie piętrzą się tak majestatycznie, jakby wiedziały, że dzięki nim fale nie wedrą się na uporządkowany przez ludzkie dłonie, ląd.
Wieczorem zajrzałam do ulubionych fok.

Pływały sobie w wodzie obok wielkiego kamienistego falochronu a'la molo.
Za dnia w foczym świecie było dla mego aparatu zdecydowanie przejrzyściej i wtedy przyjrzałam się jeszcze bliżej całemu stadu.

Na powyższym foto możecie zobaczyć, jak odpływ odsłania falochronowe molo i jak powstaje wyspa, na której wylegują się foki.
A niżej są z kolei zdjęcia z foczej wyspy i okolic:










Foki chętnie pozowały do zdjęć, a ja starałam się jak najbliżej je podejrzeć.Cisnęłam mój zoomik niemiłosiernie:)
Nieopodal fok uwijało się mewie stado...

W ogóle mew było pełno wszędzie i niektóre uchwyciłam bliżej:


Jeśli będziecie meli chętkę na francuskie i niekoniecznie południowe morze, to z czystym sumieniem polecam właśnie Berck. Plaża jest fajna, nie brakuje restauracji i sklepów i są dzikie foki. Do tego całkiem rozsądne ceny.


- - - - - - - - - - - - - - -
Barbie również ma do opowiedzenia morską historię.
Zaczęło się od wyprawy na plażę... O tym jednak będzie innym razem:)
Chcę Wam jeszcze pokazać lalę, jaką wypatrzyłam w jednym ze sklepów. Kosztowała zaledwie 4euro i po prostu nie mogłam jej nie zabrać do domu...


Brudna i bez majteczek, ale za to bardzo pogodna lala planuje obecnie wizytę w spa i z pewnością pokaże się Wam już bardzo niebawem w nowej odsłonie:)

- - - - - - - - - - - - - - -
Dziś niedziela i prawie udało mi się napisać ten post w sobotę. Niestety wypadła mi wizyta u dentysty i cięcie dziąsła:/ Wybaczcie, jeśli wyszło trochę bez ładu i składu. Brzydko spuchłam i męczy mnie gorączka, ale po prostu bardzo chciałam się do Was odezwać:)
Wolicie morze czy góry? Jak podoba się Wam moja mała lala?:)


Buziaki!:))
PEACE
O choćby najmniejszej krzcie prywatności nie było mowy dosłownie nigdzie (no z wyjątkiem łazienki i sypialni...)

W piątek z promenady roztaczał się widok na ścisłą zabudowę leżakowo - ręcznikową. A jeszcze w luźniejszy czwartek z perspektywy Lubego było tak:

...i tak:)

Wyobraźcie sobie, że bez tego mini namiotu nie wyszłabym na słońce, bo dzień wcześniej w mniejszym upale zdążyłam się już przyrumienić przez filtr 50.
Zaważyłam, że sporo osób pojawiło się właśnie z takim schronieniem. Dodatkowo przyjemny wiaterek łagodził żar.
Z perspektywy namiotowej świat wyglądał następująco:

Największą atrakcją były w moim przypadku spacery i to właśnie podczas nich zrobiłam najwięcej zdjęć.
Nieustannie zachwycają mnie falochrony w Berck. Jest ich bardzo dużo i calutkie zrobione są z głazów, na których zielenią się wodorosty.



Te falochrony tworzą bardzo szczególną atmosferę. Człowiek ma się ochotę uszczypnąć i upewnić czy aby na pewno nie śpi, bo krajobraz jest nierzeczywiście bajkowy. Wielkie kamienie piętrzą się tak majestatycznie, jakby wiedziały, że dzięki nim fale nie wedrą się na uporządkowany przez ludzkie dłonie, ląd.
Wieczorem zajrzałam do ulubionych fok.

Pływały sobie w wodzie obok wielkiego kamienistego falochronu a'la molo.Za dnia w foczym świecie było dla mego aparatu zdecydowanie przejrzyściej i wtedy przyjrzałam się jeszcze bliżej całemu stadu.

Na powyższym foto możecie zobaczyć, jak odpływ odsłania falochronowe molo i jak powstaje wyspa, na której wylegują się foki.
A niżej są z kolei zdjęcia z foczej wyspy i okolic:










Foki chętnie pozowały do zdjęć, a ja starałam się jak najbliżej je podejrzeć.Cisnęłam mój zoomik niemiłosiernie:)
Nieopodal fok uwijało się mewie stado...

W ogóle mew było pełno wszędzie i niektóre uchwyciłam bliżej:


Jeśli będziecie meli chętkę na francuskie i niekoniecznie południowe morze, to z czystym sumieniem polecam właśnie Berck. Plaża jest fajna, nie brakuje restauracji i sklepów i są dzikie foki. Do tego całkiem rozsądne ceny.


- - - - - - - - - - - - - - -
Barbie również ma do opowiedzenia morską historię.
Zaczęło się od wyprawy na plażę... O tym jednak będzie innym razem:)
Chcę Wam jeszcze pokazać lalę, jaką wypatrzyłam w jednym ze sklepów. Kosztowała zaledwie 4euro i po prostu nie mogłam jej nie zabrać do domu...


Brudna i bez majteczek, ale za to bardzo pogodna lala planuje obecnie wizytę w spa i z pewnością pokaże się Wam już bardzo niebawem w nowej odsłonie:)

- - - - - - - - - - - - - - -
Dziś niedziela i prawie udało mi się napisać ten post w sobotę. Niestety wypadła mi wizyta u dentysty i cięcie dziąsła:/ Wybaczcie, jeśli wyszło trochę bez ładu i składu. Brzydko spuchłam i męczy mnie gorączka, ale po prostu bardzo chciałam się do Was odezwać:)
Wolicie morze czy góry? Jak podoba się Wam moja mała lala?:)


Buziaki!:))PEACE
sobota, 24 września 2016
Jesień: Okiełznanie przejściowej pogody ☺ (UWAGA: Post ostro ciuchowy)
Witajcie Kochani, Kalendarzowo mamy jesień, ale pogoda wciąż jeszcze trzyma lekko letni fason. Dla mnie takie przejściowe pogody są chyba najgorsze, bo przeważnie nie wiem, jak się ubrać, żeby nie było mi za ciepło. Też tak czasem macie, że wychodzicie z domu, przekonani, że jest chłodno, a okazuje się, że jednak wcale nie aż tak bardzo? Mnie zdarza się także przeholować w drugą stronę, szczególnie, kiedy wychodzę po południu i wracam późnym wieczorem. Szczękając zębami, zawsze sobie wtedy wyrzucam, że mogłam się jakoś lepiej przygotować na wahania temperatury:)
Wczoraj, korzystając z wolnej chwili, włączyłam 'Dark Side of the Moon' Pink Floyd i zrobiłam mały przegląd szafy. Tak powstały poniższe zestawy ubrań na przejściową pogodę, czyli już jesienną, ale jednak wciąż trochę letnią:)

Kulkowy naszyjnik dostałam od Justyny. Do ożywienia szarości nadał się wyśmienicie i jest po prostu bardzo fajny:)
Ta bluzeczka w kwiatki, jeśli wierzyć metce, jest bielizną, ale powiem Wam, że zdecydowanie lepiej czuję ją jako bluzkę i tak mi jakoś pasuje do koronkowej spódniczki, pod którą de facto mam prawdziwie bieliźnianą haleczkę:D
Na sam koniec dopadło mnie szaleństwo jakieś:) W trampkach i błękitnej bluzce z koliberkami podwójnie dobrze podryguje się w rytm muzyki. Poza tym,"Dark side of the Moon"...sami wiecie:))
To mój po prostu bardzo, ale to bardzo najbardziej ulubiony album Pink Floyd i w ogóle odkąd pamiętam, bardzo mnie ruszał:)
Reasumując, przy spódniczkach i sukience postawiłam na cieniutkie rajstopy, a wszystkie stroje mają łatwo usuwalne okrycie wierzchnie. Najgorzej w moim przypadku mam kiedy się ubiorę tak, że nie da się nic zdjąć ani dodać. Starałam się więc zestawiać ubrania tak, żeby zestawy można było z łatwością modyfikować w trakcie dnia. Gdyby się uprzeć, to i rajstopy można zdjąć. Wystarczy tylko w torebce nosić skarpetki:D
Jak Wy radzicie sobie z przejściową pogodą? Czy założyłybyście któryś z tych moich zestawów?:)
Przesyłam Wam buziaki i życzę miłego weekendu i bezpiecznie przewidywalnych warunków atmosferycznych!:)
PEACE
Wczoraj, korzystając z wolnej chwili, włączyłam 'Dark Side of the Moon' Pink Floyd i zrobiłam mały przegląd szafy. Tak powstały poniższe zestawy ubrań na przejściową pogodę, czyli już jesienną, ale jednak wciąż trochę letnią:)

Kulkowy naszyjnik dostałam od Justyny. Do ożywienia szarości nadał się wyśmienicie i jest po prostu bardzo fajny:)
Ta bluzeczka w kwiatki, jeśli wierzyć metce, jest bielizną, ale powiem Wam, że zdecydowanie lepiej czuję ją jako bluzkę i tak mi jakoś pasuje do koronkowej spódniczki, pod którą de facto mam prawdziwie bieliźnianą haleczkę:D
Na sam koniec dopadło mnie szaleństwo jakieś:) W trampkach i błękitnej bluzce z koliberkami podwójnie dobrze podryguje się w rytm muzyki. Poza tym,"Dark side of the Moon"...sami wiecie:))
To mój po prostu bardzo, ale to bardzo najbardziej ulubiony album Pink Floyd i w ogóle odkąd pamiętam, bardzo mnie ruszał:)
Reasumując, przy spódniczkach i sukience postawiłam na cieniutkie rajstopy, a wszystkie stroje mają łatwo usuwalne okrycie wierzchnie. Najgorzej w moim przypadku mam kiedy się ubiorę tak, że nie da się nic zdjąć ani dodać. Starałam się więc zestawiać ubrania tak, żeby zestawy można było z łatwością modyfikować w trakcie dnia. Gdyby się uprzeć, to i rajstopy można zdjąć. Wystarczy tylko w torebce nosić skarpetki:D
Jak Wy radzicie sobie z przejściową pogodą? Czy założyłybyście któryś z tych moich zestawów?:)
Przesyłam Wam buziaki i życzę miłego weekendu i bezpiecznie przewidywalnych warunków atmosferycznych!:)
PEACE
Subskrybuj:
Posty (Atom)
















