W tym roku na największym w Europie targu staroci wykopałam różne drobiazgi i oto większość z nich:
Paczka motków Pingouin. Myślę, że to fajna bawełna na szal lub bluzeczkę.
Figurka jelonka, którą od pierwszego wejrzenia znienawidził mój Luby:) Mnie się podoba...:D
Drewniana ramka na zdjęcia, w której obecnie rezyduje śliczna pocztówka ze słonikiem.
Plastikowy żółwik z ruchomą główką (My Little Pet Shop)
Super on jest:D
Najlepsze jest to, że przy okazji przeszłam ponad 25 km dwa dni:D Do dziś to czuję, ale na szczęście pogoda była taka w sam raz.
Zdjęć z tegorocznego Braderie nie mam, ponieważ nie wzięłam aparatu, aby podróżować lekko. Jeśli chcecie zobaczyć, jak wygląda taki rynek to w zakładce Braderie de Lille są foty z zeszłych lat.
---------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Na koniec sukieneczka dla Glue. Uszyta z materiału z odzysku, a karczek wydziegrany na szydełku.
Glue pozuje z tęczowym tygryskiem, którego dostałąm w prezencie od Lubego:) Jest zadowolona z nowego towarzysza i z kreacji.
A Wam się podoba ta malutka sukieneczka?
Buziaki!:))
PEACE
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Braderie de Lille. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Braderie de Lille. Pokaż wszystkie posty
czwartek, 6 września 2018
poniedziałek, 7 września 2015
Braderie de Lille 2015
Cześć Kochani! Dwa dni spędzone na największym w Europie pchlim targu zaowocowały nie tylko bólem nóg, ale również i malutkimi nowościami w moim domu:)
Udało mi się kupić za 50 centów świetny porcelanowy czajniczek i również w tej samej cenie zestaw czechosłowackich bodajże drobiazgów. Kolejne 50 centów wydałam na miniaturowy miedziany dzbanuszek i na malutki kociołek:)
Mogę chyba powiedzieć, że w tym roku rynek Braderie de Lille upłynął mi pod znakiem pięćdziesięciu centów:D
Nie szalałam z kupowaniem, a prawdziwe szaleństwo miało zacząć się już po rynku, kiedy ci nieprofesjonalni sprzedawcy zwijają stragany i część rzeczy porzucają. Profesjonaliści rzadko decydują się na oddanie za darmo tego, co się nie sprzedało, ale zwykli ludzie to co innego. Nie mają często większych obiekcji przed odstąpieniem najróżniejszych różności, które w domu tylko im zawadzały.
W tym roku uzbierałam całą siatę ubrań...ale nie dla mnie:)) Z tych ubrań planuję moim lalom poszyć różne kreacje:) Znalazłam też fajną miskę, która kolorystycznie pasuje do dużego pokoju:)
Mój Luby natomiast ustrzelił mi na strzelnicy węża:D
Pogoda nie zachęciła mnie do robienia zdjęć plenerowych. Trochę padało i było chłodno. Przyjemnie było od czasu do czasu przysiąść pod daszkiem, napić się piwa, posłuchać muzyki na żywo i doładować bateryjki.

Rozglądając się bacznie dokoła, można było wytropić niewielkie gratisy, takie jak okulary przeciwsłoneczne czy butelkową wodę lub herbatkę.
Czym ten Braderie de Lille różnił się od poprzednich, na których byłam? W powietrzu tak samo roznosił się zapach muli, słychać było języki z różnych zakątków świata i znaleźć można było różne ciekawe starocie, ale w tym roku chyba sprzedawcy wyrzucili mniej. Nie widziałam żadnych mebli i drobiazgi rzadko ukrywały się w stertach śmieci. Nawet fanów dumpster divingu zdawało się być mniej. Być może czekali na definitywny koniec rynku? Napotkaliśmy zaledwie kilka osób aktywnie grzebiących. Z pewnością pogoda była mało zachęcająca dla łowców darmowego. Czyżby za sprawą kryzysu te rzeczy które wcześniej nie były warte nic, stały się bardziej atrakcyjne i warte zatrzymania do następnego roku?
Wrażenia z poprzednich lat znajdziecie w tagu: Braderie de Lille i oczywiście zapraszam serdecznie
do oglądania i czytania, a ja już z Wami się żegnam:) Dziś wieczorem będę się lenić przy odświeżaniu czechosłowackich dzbanuszków i talerzyków:)
Buziaki!:))
PEACE
Udało mi się kupić za 50 centów świetny porcelanowy czajniczek i również w tej samej cenie zestaw czechosłowackich bodajże drobiazgów. Kolejne 50 centów wydałam na miniaturowy miedziany dzbanuszek i na malutki kociołek:)
Mogę chyba powiedzieć, że w tym roku rynek Braderie de Lille upłynął mi pod znakiem pięćdziesięciu centów:D
Nie szalałam z kupowaniem, a prawdziwe szaleństwo miało zacząć się już po rynku, kiedy ci nieprofesjonalni sprzedawcy zwijają stragany i część rzeczy porzucają. Profesjonaliści rzadko decydują się na oddanie za darmo tego, co się nie sprzedało, ale zwykli ludzie to co innego. Nie mają często większych obiekcji przed odstąpieniem najróżniejszych różności, które w domu tylko im zawadzały.
W tym roku uzbierałam całą siatę ubrań...ale nie dla mnie:)) Z tych ubrań planuję moim lalom poszyć różne kreacje:) Znalazłam też fajną miskę, która kolorystycznie pasuje do dużego pokoju:)
Mój Luby natomiast ustrzelił mi na strzelnicy węża:D
Pogoda nie zachęciła mnie do robienia zdjęć plenerowych. Trochę padało i było chłodno. Przyjemnie było od czasu do czasu przysiąść pod daszkiem, napić się piwa, posłuchać muzyki na żywo i doładować bateryjki.
Rozglądając się bacznie dokoła, można było wytropić niewielkie gratisy, takie jak okulary przeciwsłoneczne czy butelkową wodę lub herbatkę.
Czym ten Braderie de Lille różnił się od poprzednich, na których byłam? W powietrzu tak samo roznosił się zapach muli, słychać było języki z różnych zakątków świata i znaleźć można było różne ciekawe starocie, ale w tym roku chyba sprzedawcy wyrzucili mniej. Nie widziałam żadnych mebli i drobiazgi rzadko ukrywały się w stertach śmieci. Nawet fanów dumpster divingu zdawało się być mniej. Być może czekali na definitywny koniec rynku? Napotkaliśmy zaledwie kilka osób aktywnie grzebiących. Z pewnością pogoda była mało zachęcająca dla łowców darmowego. Czyżby za sprawą kryzysu te rzeczy które wcześniej nie były warte nic, stały się bardziej atrakcyjne i warte zatrzymania do następnego roku?
Wrażenia z poprzednich lat znajdziecie w tagu: Braderie de Lille i oczywiście zapraszam serdecznie
do oglądania i czytania, a ja już z Wami się żegnam:) Dziś wieczorem będę się lenić przy odświeżaniu czechosłowackich dzbanuszków i talerzyków:)
Buziaki!:))
PEACE
poniedziałek, 8 czerwca 2015
Wyletnione stopy + krem Feet Up + filmy
Witajcie:) Pogoda dość letnia i jedynie lekko sweterkowa, a więc nadszedł dobry czas, aby odsłonić stopy. Sezon malowania paznokci u stóp wreszcie otwarty!:) Myślę, że na letnich stopach świetnie wygląda wszystko, co błyszczy i odbija promienie słoneczne. Delikatne paznokcie u stóp podobają mi się bardzo i postanowiłam pokazać Wam, co powstało u mnie przy użyciu różnych lakierów do paznokci... Starałam się uchwycić błysk, bo wierzcie mi, paznokcie dają teraz po oczach:D
Malujecie paznokcie u stóp przez cały rok, czy głownie latem? ...a może wcale nie malujecie? Ja latem maluję znacznie częściej, bo zakryte buty lubią zdzierać lakier i po dniu chodzenia nie bardzo podobają mi się moje paznokcie z poobdzieranym lakierem.
Macie ulubione kolory lakierów do paznokci u stóp?
_ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _
Lakiery, których użyłam to: baza pod lakier Miss Europe ( absolutnie rewelacyjna baza, która zasycha na dość matowo i na której lakier świetnie się trzyma), brokatowy lakier z drobinkami Yes Love D5, brokatowy lakier z drobinkami Wibo Futura Trend Edition 3, brokatowy lakier Golden Rose 318
_ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _
W ciepłym słoneczku błyszczały nie tylko moje paznokcie u stóp, ale również i kolczyki. Dostałam je w prezencie jakiś czas temu i dopiero teraz przyszła na nie kolej. Kolczyki wyglądają trochę jak połówki koralików z bransoletek Shamballa, ale zrobione są z jednolitego tworzywa.
Lato tryska kolorami i przyjemnie jest być częścią tego kolorowego świata:)
_ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _
Jestem miłośniczką słodkich zapachów, ale tym razem napiszę Wam słów kilka o kremie avocado i aloe vera.
Oriflame Feet Up overnight moisturising foot cream jest przyjemnym produktem do pielęgnacji stóp. Cieszę się, że dałam mu szansę.
Feet Up bardzo ładnie nawilża skórę stóp i delikatnie wygładza. Mnie zapach aloesowy nie przypadł jakoś wybitnie do gustu, ale na pewno może się podobać. Bardzo dobrze oceniam działanie tego kremu na lekko wysuszoną skórę stóp i polecam:)
Znacie ten krem avocadowo aloesowy Feet Up? Używacie w ogóle kremów do stóp?
_ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _
Postanowiłam dziś także opowiedzieć Wam o nowym filmie zombie, jaki obejrzałam. Kiedy film się skończył, to miałam mieszane uczucia, czy w ogóle warto o nim wspominać. W końcu zdecydowałam, że tak, bo choć nie ma w nim dosłownie nic zaskakującego, ani krzty napięcia i sam pomysł nie jest nowy, to jednak oglądał się dość przyjemnie. Mało spójne postaci trochę psują frajdę, ale plusem filmu jest to, że możecie iść sobie po przekąskę do kuchni, bez konieczności wciskania pauzy...
Film 'Maggie' osadzony jest w świecie, który zasiedlają ludzie i zombie, z tym że ci drudzy są mało lubiani i nic dziwnego, bo nie tylko śmierdzą i mało estetycznie wyglądają, ale również nie mogą oprzeć się jedzeniu ludzkiego mięsa. Ojciec (Arnold Swarzenegger) jednoczy się z zainfekowaną śmiercionośnym wirusem córką i żyje sobie z nią na farmie, stając ewentualnie przed ciężkim wyborem. Wokół owego ciężkiego wyboru cały film tak naprawdę się obraca i nie spodziewajcie się zwrotów akcji. 'Maggie' dostał ode mnie pięć, mocno powolnych, trochę wycofanych i tandetnie różowych słoni. W skali dziesięciosłoniowej wynik ten jest owocem samej tematyki i przyzwoitej charakteryzacji. Poza tym przyjemnie by było mieszkać na farmie...
Dla równowagi chętnie bym dodała jakiś super fajny film z nowo obejrzanych, ale niestety nic mi się jakoś nie trafia. Z ogromną nadzieją podeszłam do filmu 'Ex Machina'. Nie przebił on 'Artificial Intelligence: AI' i uplasował się gdzieś mniej więcej tam gdzie 'EVA'.
Choć 'Ex Machina' miał swoje wielkie momenty, to i tak lepiej oglądało mi się uroczego robota, który chciał zostać prawdziwym chłopcem.
'Ex Machina' to film ciekawy i dość zaskakujący, aby zasłużyć na piękną słoniową siódemeczkę. Tematyka skombinowana z seksowną robotką i fajnymi efektami specjalnymi nie poruszyła mnie jednak dostatecznie mocno. Na pewno warto film 'Ex Machina' obejrzeć, ale w moim przypadku to film na raz.
Widzieliście już 'Maggie' albo 'Ex Machinę'? Podobały się Wam?
_ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _
Przesyłam Wam buziaczki i ściskam serdecznie!:)
PEACE
Malujecie paznokcie u stóp przez cały rok, czy głownie latem? ...a może wcale nie malujecie? Ja latem maluję znacznie częściej, bo zakryte buty lubią zdzierać lakier i po dniu chodzenia nie bardzo podobają mi się moje paznokcie z poobdzieranym lakierem.
Macie ulubione kolory lakierów do paznokci u stóp?
_ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _
Lakiery, których użyłam to: baza pod lakier Miss Europe ( absolutnie rewelacyjna baza, która zasycha na dość matowo i na której lakier świetnie się trzyma), brokatowy lakier z drobinkami Yes Love D5, brokatowy lakier z drobinkami Wibo Futura Trend Edition 3, brokatowy lakier Golden Rose 318
_ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _
W ciepłym słoneczku błyszczały nie tylko moje paznokcie u stóp, ale również i kolczyki. Dostałam je w prezencie jakiś czas temu i dopiero teraz przyszła na nie kolej. Kolczyki wyglądają trochę jak połówki koralików z bransoletek Shamballa, ale zrobione są z jednolitego tworzywa.
Lato tryska kolorami i przyjemnie jest być częścią tego kolorowego świata:)
_ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _
Jestem miłośniczką słodkich zapachów, ale tym razem napiszę Wam słów kilka o kremie avocado i aloe vera.Oriflame Feet Up overnight moisturising foot cream jest przyjemnym produktem do pielęgnacji stóp. Cieszę się, że dałam mu szansę.
Feet Up bardzo ładnie nawilża skórę stóp i delikatnie wygładza. Mnie zapach aloesowy nie przypadł jakoś wybitnie do gustu, ale na pewno może się podobać. Bardzo dobrze oceniam działanie tego kremu na lekko wysuszoną skórę stóp i polecam:)
Znacie ten krem avocadowo aloesowy Feet Up? Używacie w ogóle kremów do stóp?
_ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _
Postanowiłam dziś także opowiedzieć Wam o nowym filmie zombie, jaki obejrzałam. Kiedy film się skończył, to miałam mieszane uczucia, czy w ogóle warto o nim wspominać. W końcu zdecydowałam, że tak, bo choć nie ma w nim dosłownie nic zaskakującego, ani krzty napięcia i sam pomysł nie jest nowy, to jednak oglądał się dość przyjemnie. Mało spójne postaci trochę psują frajdę, ale plusem filmu jest to, że możecie iść sobie po przekąskę do kuchni, bez konieczności wciskania pauzy...
Film 'Maggie' osadzony jest w świecie, który zasiedlają ludzie i zombie, z tym że ci drudzy są mało lubiani i nic dziwnego, bo nie tylko śmierdzą i mało estetycznie wyglądają, ale również nie mogą oprzeć się jedzeniu ludzkiego mięsa. Ojciec (Arnold Swarzenegger) jednoczy się z zainfekowaną śmiercionośnym wirusem córką i żyje sobie z nią na farmie, stając ewentualnie przed ciężkim wyborem. Wokół owego ciężkiego wyboru cały film tak naprawdę się obraca i nie spodziewajcie się zwrotów akcji. 'Maggie' dostał ode mnie pięć, mocno powolnych, trochę wycofanych i tandetnie różowych słoni. W skali dziesięciosłoniowej wynik ten jest owocem samej tematyki i przyzwoitej charakteryzacji. Poza tym przyjemnie by było mieszkać na farmie...
Dla równowagi chętnie bym dodała jakiś super fajny film z nowo obejrzanych, ale niestety nic mi się jakoś nie trafia. Z ogromną nadzieją podeszłam do filmu 'Ex Machina'. Nie przebił on 'Artificial Intelligence: AI' i uplasował się gdzieś mniej więcej tam gdzie 'EVA'.
Choć 'Ex Machina' miał swoje wielkie momenty, to i tak lepiej oglądało mi się uroczego robota, który chciał zostać prawdziwym chłopcem.
'Ex Machina' to film ciekawy i dość zaskakujący, aby zasłużyć na piękną słoniową siódemeczkę. Tematyka skombinowana z seksowną robotką i fajnymi efektami specjalnymi nie poruszyła mnie jednak dostatecznie mocno. Na pewno warto film 'Ex Machina' obejrzeć, ale w moim przypadku to film na raz.
Widzieliście już 'Maggie' albo 'Ex Machinę'? Podobały się Wam?
_ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _
Przesyłam Wam buziaczki i ściskam serdecznie!:)
PEACE
niedziela, 14 września 2014
Szybkie i proste kotleciki ryżowe + Podsumowanie tygodnia po Braderie de Lille
Witajcie Kochani! Moja dłuższa nieobecność wynikała z szału szydełkowego, a jego rezultaty pokażę Wam już niedługo. Oprócz tego znów wybrałam się na Braderie de Lille i zajęta byłam porządkowaniem zdobyczy:)
Braderie de Lille to największy pchli targ w Europie i odbywa się raz w roku. Dokładny opis mam dla Was tutaj: Braderie de Lille i jeszcze porcja wrażeń z 2013 jest tu: Pchli Targ w Lille.

W tym roku dnia pierwszego napotkałam dzikie świnie i jedna miała gogle i kask nawet:D
Zrobiłam sobie niewielkie, odzieżowe zakupy. Udało mi się odnaleźć indyjskie stoiska i przed Oxfamem mieli mały straganik z przecenami. Na pewno zestawy z tymi nowymi ciuszkami Wam zaprezentuję. Jestem zadowolona z mojego oka, bo bez mierzenia dałam radę wybrać dobrze rozmiarowo:)
Kupiłam także koci budzik za jedno euro yeyeye, a mój luby w wesołym miasteczku wygrał mi na strzelnicy milutkiego, białego misiaczka.
Drugi dzień Braderie de Lille upłynął leniwie na łażeniu, piciu piwa i oczekiwaniu na końcówkę targu.
Jako wielka fanka dumpster divingu znów i w tym roku przygarnęłam, pozostawione przez sprzedawców po imprezie, cudeńka. Powiem Wam, że i tym razem nie udało mi się znaleźć kwadratowych, stojących półeczek, ale za to wyłowiłam kilka par fajnych jeansów, nalepki 'wallies', sporo zielonego materiału prosto z beli, rewelacyjnego misia do przytulania i kilka szklanych miseczek, robionych na kryształ.
Mój luby znalazł sobie trochę książek.
Po powrocie do domu zdobycze udały się zaraz do mycia i prania.
Miś czyścioch śpi ze mną każdej nocy i strasznie się cieszę, że na siebie trafiliśmy i że nie udał się na wysypisko śmieci. Kiedy zobaczyłam go porzuconego, smutnego, umorusanego, leżącego na dnie kartonu, to po prostu nie mogłam go zostawić.
Miseczki siedzą w szafce i czekają na debiut deserowy, a debiutu ubraniowego oczekuje zielony materiał.
Spodniami się z mym lubym podzieliliśmy, bo wyobraźcie sobie, że w pasie jesteśmy jednakowi mniej więcej:)
Jeśli macie ochotę zobaczyć łupy z 2013, to zapraszam na post z ubiegłego roku: "Przygarnięte- przed i po"
<--Budzik koci bardzo mi się podoba, mimo że nie ma szybki:) Na tarczy napisane jest: 'W nocy małe kotki są w łóżeczku'
Pogoda u mnie cały tydzień dopisuje nawet i przez dwa dni targowe także była ładniutka. Poniżej zdjęcie dowodowe z przygotowań do pierwszego dnia braderie:) A u Was też słonko?
Kiedy się człowiek krząta, jest zabiegany i czasu na wielkie gotowanie nie ma lub kiedy po prostu się nie chce, to można sobie nadal podjeść, ale niewielkim nakładem pracy:)
Spisałam dla Was mój osobisty przepis na kotleciki ryżowe. Ja je uwielbiam i mój luby też.
Robię te kotleciki zazwyczaj, kiedy zostaje mi ugotowanego ryżu z obiadu z poprzedniego dnia lub tak sobie je robię, kiedy przykładowo mam leniwca i apetyt jednocześnie:)
PRZEPIS NA SZYBKIE I PROSTE KOTLECIKI RYŻOWE:
- Ryż
- Jajko
- Szczypta mąki
- Bułka tarta
- Sól
- Przyszklona cebulka
- Tarty, żółty ser
- Bazylia, Oregano, Estragon, Czerwona łagodna papryka
Ryż gotujemy, obsączamy z wody, studzimy i mieszamy dokładnie z jajkiem i żółtym serem oraz ostudzoną przysmażoną cebulką. Miksturę oprószamy szczyptą mąki i dajemy do środka także trochę tartej bułki. Dodajemy bazylię, oregano, estragon i czerwoną, łagodną paprykę.
Formujemy lekko płaskie kotleciki i obtaczamy je w tartej bułce.
Smażymy kotleciki na oleju, i uważamy, aby nie za szybko je obrócić, bo się nam porozwalają. Ściągamy kotleciki z patelni, kiedy już są złociutkie po obu stronach.
Ja takie ryżowe kotleciki jem sobie same, z gotowanymi kolbami kukurydzy lub z frytkami. Pasują też fajnie do gniecionych ziemniaczków. Są dobre na zimno i na ciepło. Jak wyjdzie nam więcej, to spokojnie można je zjeść na następny dzień, bo nic się z nimi nie dzieje.
Polecam Wam ten przepis i jako nieprzepadająca za mięsem stwierdzam, że to super substytut kotleta mielonego:) Wypróbujecie?
_ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _
Teraz już kończę i przesyłam Wam uściski:)
PEACE
Braderie de Lille to największy pchli targ w Europie i odbywa się raz w roku. Dokładny opis mam dla Was tutaj: Braderie de Lille i jeszcze porcja wrażeń z 2013 jest tu: Pchli Targ w Lille.

W tym roku dnia pierwszego napotkałam dzikie świnie i jedna miała gogle i kask nawet:D
Zrobiłam sobie niewielkie, odzieżowe zakupy. Udało mi się odnaleźć indyjskie stoiska i przed Oxfamem mieli mały straganik z przecenami. Na pewno zestawy z tymi nowymi ciuszkami Wam zaprezentuję. Jestem zadowolona z mojego oka, bo bez mierzenia dałam radę wybrać dobrze rozmiarowo:)
Kupiłam także koci budzik za jedno euro yeyeye, a mój luby w wesołym miasteczku wygrał mi na strzelnicy milutkiego, białego misiaczka.
Drugi dzień Braderie de Lille upłynął leniwie na łażeniu, piciu piwa i oczekiwaniu na końcówkę targu.
Jako wielka fanka dumpster divingu znów i w tym roku przygarnęłam, pozostawione przez sprzedawców po imprezie, cudeńka. Powiem Wam, że i tym razem nie udało mi się znaleźć kwadratowych, stojących półeczek, ale za to wyłowiłam kilka par fajnych jeansów, nalepki 'wallies', sporo zielonego materiału prosto z beli, rewelacyjnego misia do przytulania i kilka szklanych miseczek, robionych na kryształ.
Mój luby znalazł sobie trochę książek.
Po powrocie do domu zdobycze udały się zaraz do mycia i prania.
Miś czyścioch śpi ze mną każdej nocy i strasznie się cieszę, że na siebie trafiliśmy i że nie udał się na wysypisko śmieci. Kiedy zobaczyłam go porzuconego, smutnego, umorusanego, leżącego na dnie kartonu, to po prostu nie mogłam go zostawić.
Miseczki siedzą w szafce i czekają na debiut deserowy, a debiutu ubraniowego oczekuje zielony materiał.
Spodniami się z mym lubym podzieliliśmy, bo wyobraźcie sobie, że w pasie jesteśmy jednakowi mniej więcej:)
Jeśli macie ochotę zobaczyć łupy z 2013, to zapraszam na post z ubiegłego roku: "Przygarnięte- przed i po"<--Budzik koci bardzo mi się podoba, mimo że nie ma szybki:) Na tarczy napisane jest: 'W nocy małe kotki są w łóżeczku'
Pogoda u mnie cały tydzień dopisuje nawet i przez dwa dni targowe także była ładniutka. Poniżej zdjęcie dowodowe z przygotowań do pierwszego dnia braderie:) A u Was też słonko?
Kiedy się człowiek krząta, jest zabiegany i czasu na wielkie gotowanie nie ma lub kiedy po prostu się nie chce, to można sobie nadal podjeść, ale niewielkim nakładem pracy:)
Spisałam dla Was mój osobisty przepis na kotleciki ryżowe. Ja je uwielbiam i mój luby też.
Robię te kotleciki zazwyczaj, kiedy zostaje mi ugotowanego ryżu z obiadu z poprzedniego dnia lub tak sobie je robię, kiedy przykładowo mam leniwca i apetyt jednocześnie:)
PRZEPIS NA SZYBKIE I PROSTE KOTLECIKI RYŻOWE:
- Ryż
- Jajko
- Szczypta mąki
- Bułka tarta
- Sól
- Przyszklona cebulka
- Tarty, żółty ser
- Bazylia, Oregano, Estragon, Czerwona łagodna papryka
Ryż gotujemy, obsączamy z wody, studzimy i mieszamy dokładnie z jajkiem i żółtym serem oraz ostudzoną przysmażoną cebulką. Miksturę oprószamy szczyptą mąki i dajemy do środka także trochę tartej bułki. Dodajemy bazylię, oregano, estragon i czerwoną, łagodną paprykę.
Formujemy lekko płaskie kotleciki i obtaczamy je w tartej bułce.
Smażymy kotleciki na oleju, i uważamy, aby nie za szybko je obrócić, bo się nam porozwalają. Ściągamy kotleciki z patelni, kiedy już są złociutkie po obu stronach.
Ja takie ryżowe kotleciki jem sobie same, z gotowanymi kolbami kukurydzy lub z frytkami. Pasują też fajnie do gniecionych ziemniaczków. Są dobre na zimno i na ciepło. Jak wyjdzie nam więcej, to spokojnie można je zjeść na następny dzień, bo nic się z nimi nie dzieje.
Polecam Wam ten przepis i jako nieprzepadająca za mięsem stwierdzam, że to super substytut kotleta mielonego:) Wypróbujecie?
_ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _
Teraz już kończę i przesyłam Wam uściski:)
PEACE
poniedziałek, 9 września 2013
Przygarnęłam niechciane:) - przed i po
Uwielbiam grzebanie w śmieciach po Braderie de Lille:) Sprzedawcy zostawiają cudne wspaniałości i wiele osób tylko czeka na ten właśnie moment. Znaleźć na ulicach można dosłownie wszystko włącznie z meblami, duperelkami, zabawkami i wyposażeniem AGD.
W tym roku nie przygarnęłam żadnych mebli, ponieważ nie bardzo miał mi je kto nosić i nie miałabym miejsca na nowy stoliczek ani krzesła, ale złapałam trochę małych różności.
Wśród nich znalazły się takie oto dwie, oszklone ramki, które obecnie czekają sobie odświeżone na wypełnienie i również tablica magnetyczna.
Zawsze chciałam mieć tablicę magnetyczną i w końcu mam:) Do czyściutkiej tablicy przyczepiłam mój ukochany magnesik, który już dawno temu nabyłam na straganie ze starymi magnesami: "Oink if you love me" (Chrumknij, jeśli mnie kochasz) :)
Mój luby wypatrzył mi taki oto świecznik z gałęzi wina. Przed wyczyszczeniem bidulek prezentował się dość tragicznie, ale trochę wody, mydła i kremu uczyniło cuda:) Świecznik został osobistym wieszakiem na bransoletki i uważam, że jest absolutnie fantastyczny.
W tym roku nie przygarnęłam żadnych mebli, ponieważ nie bardzo miał mi je kto nosić i nie miałabym miejsca na nowy stoliczek ani krzesła, ale złapałam trochę małych różności.
Wśród nich znalazły się takie oto dwie, oszklone ramki, które obecnie czekają sobie odświeżone na wypełnienie i również tablica magnetyczna.
Zawsze chciałam mieć tablicę magnetyczną i w końcu mam:) Do czyściutkiej tablicy przyczepiłam mój ukochany magnesik, który już dawno temu nabyłam na straganie ze starymi magnesami: "Oink if you love me" (Chrumknij, jeśli mnie kochasz) :)
Mój luby wypatrzył mi taki oto świecznik z gałęzi wina. Przed wyczyszczeniem bidulek prezentował się dość tragicznie, ale trochę wody, mydła i kremu uczyniło cuda:) Świecznik został osobistym wieszakiem na bransoletki i uważam, że jest absolutnie fantastyczny.
Wygrzebałam sobie też takie oto twarze. Żałuję, że nie są ze szkła a z mydła, ale i tak stanowią ciekawą ozdobę.
Z tej samej kupki sierotek przygarnęłam jeszcze kufelek, w którym trzymam długopisy i śmieszną czapkę, którą sprułam i przerobiłam na koraliki:D
Gdybym dała radę więcej udźwignąć, to pewnie przytaszczyłabym do domu jeszcze inne sierotki. Cóż, czekam do przyszłego roku i zaczynam trenowanie mięśni:)
PEACE
poniedziałek, 2 września 2013
Braderie de Lille 2013
W tym roku przez całe dwa dni dane było mi cieszyć się największym pchlim targiem w Europie. Nie mogło zabraknąć mnie na Braderie de Lille, zwłaszcza że pogoda była bardzo zachęcająca i do tego mam przecież niedaleko.
Jak zwykle na straganach znaleźć można było wiele wspaniałości. Pośród niezliczonej masy gratów i bibelotów czekały na szczęśliwego nabywcę ciekawe meble, płyty winylowe, książki, mapy, obrazy, rzeźby i wiele innych fantastycznych rzeczy.
Szperaczy i w tym roku nie brakowało i niektóre ulice Lille były całkiem nie do przejścia, a inne pozwalały jedynie na powolne człapanie. Ciężko sobie wyobrazić, co by było, gdyby z okazji targu nie wstrzymano ruchu ulicznego.
Na szczęście samochody przez dwa dni omijały teren Braderie de Lille i ustąpiły miejsca pieszym z całego świata.
Przygotowałam dla Was małą fotorelację z tegorocznej wyprawy.
Zapraszam Was również na dokłądny opis wydarzenia i zeszłoroczne wspominki z Braderie de Lille (jeśli foty się nie wczytują, to klikajcie na nich prawym przyciskiem myszy i 'Otwórz grafikę w nowej karcie') TUTAJ.
Jak widzicie, w tym roku także nie zabrakło wypchanych zwierząt:) Były również misie i wiele zabawek nie tylko kolekcjonerskich.
Od czasu do czasu spotkać można było orkiestry dęte, mimów i różnego rodzaju innych artystów, którzy prezentowali swoje umiejętności w zamian za symboliczne wynagrodzenie.
Restauracje tradycyjnie wyprodukowały tony śmieci, wśród których oczywiście były muszelki po mulach.
Odwiedziliśmy z mym lubym wesołe miasteczko i muszę się Wam pochwalić moimi wygranymi pluszakami:) Z całą pewnością poświęcę im chwilę w którymś z następnych postów. Wesołe miasteczko, które rozkładane jest z okazji Braderie de Lille, ma wiele atrakcji dla dużych i małych. Można bawić się na karuzelach, strzelać do celu, łowić plastikowe kaczuszki czy też wyruszyć na przejażdżkę po nawiedzonym domu. Każdy znajdzie coś dla siebie i bez wątpienia warto jest do tego wesołego miasteczka zawitać.
Wieczór bynajmniej nie oznacza końca Braderie de Lille. Noc z soboty na niedzielę wielu przyjezdnych sprzedawców spędziło w namiotach i samochodach, aby z samego rana rozłożyć stoisko. Nocne życie kwitło także dzięki turystom. Noc z niedzieli na poniedziałek to już mniejszy ruch. Wiele osób wraca do domu. Około godziny 20.00 zaczyna się składanie straganów i polowanie na śmieci.
W śmieciach znaleźć można prawdziwe cuda. Są drewniane stoły i krzesła oraz szafy. Złowić można książki, płyty, abażury, lalki Barbie i talerze, kubki, kufle, lustra i wiele innych fantastycznych rzeczy.
Prawie uległam wdziękowi jednego z ręcznie rzeźbionych krzeseł, ale w końcu powróciłam z mniejszymi łupami, które na pewno Wam pokażę. Polujących, na pozostawione przez sprzedawców przedmioty, ludzi nie brakuje. Z całą pewnością można się pięknie umeblować, nie wydając ani centa, jeśli ma się kogoś, kto nasze znalezione meble i dodatki pomoże przetransportować.
Na koniec mam dla Was jeszcze zdjęcia toalety:) Automatyczna toaleta nie tylko gada i automatycznie otwiera i zamyka drzwi, ale również sama się czyści. Widzieliście coś takiego?:)
Maksymalny czas pobytu w automatycznej toalecie to 20 minut. Mnie skojarzyła się ta toaleta trochę z budką samobójczą z Futuramy:) Ogólnie polecam:)
Jeśli podczas Braderie de Lille zachce się nam siusiu, to powinniśmy szukać takiej toalety. Wstąpić możemy również na piwo do pubu i tam skorzystać z ubikacji.
Nad bezpieczeństwem całej imprezy czuwa policja, ale oczywiście powinniśmy uważać na nasz portfel i pilnować zakupów.
Nie spodziewajmy się również wybitnie smacznego jedzenia. Przy tak ogromnym popycie na ciepłe posiłki, restauracje i budki oferują potrawy robione na szybko.
Bez wątpienia warto wybrać się na Braderie de Lille ot tak, żeby tylko sobie pochodzić i popodziwiać. Być może uda się nam upolować jakieś cudeńko, a z całą pewnością zgromadzimy sobie wiele miłych wspomnień.
Relacja z zeszłego roku: Braderie de Lille
PEACE
Jak zwykle na straganach znaleźć można było wiele wspaniałości. Pośród niezliczonej masy gratów i bibelotów czekały na szczęśliwego nabywcę ciekawe meble, płyty winylowe, książki, mapy, obrazy, rzeźby i wiele innych fantastycznych rzeczy.
Szperaczy i w tym roku nie brakowało i niektóre ulice Lille były całkiem nie do przejścia, a inne pozwalały jedynie na powolne człapanie. Ciężko sobie wyobrazić, co by było, gdyby z okazji targu nie wstrzymano ruchu ulicznego.
Na szczęście samochody przez dwa dni omijały teren Braderie de Lille i ustąpiły miejsca pieszym z całego świata.
Przygotowałam dla Was małą fotorelację z tegorocznej wyprawy.
Zapraszam Was również na dokłądny opis wydarzenia i zeszłoroczne wspominki z Braderie de Lille (jeśli foty się nie wczytują, to klikajcie na nich prawym przyciskiem myszy i 'Otwórz grafikę w nowej karcie') TUTAJ.
Od czasu do czasu spotkać można było orkiestry dęte, mimów i różnego rodzaju innych artystów, którzy prezentowali swoje umiejętności w zamian za symboliczne wynagrodzenie.
Restauracje tradycyjnie wyprodukowały tony śmieci, wśród których oczywiście były muszelki po mulach.
Odwiedziliśmy z mym lubym wesołe miasteczko i muszę się Wam pochwalić moimi wygranymi pluszakami:) Z całą pewnością poświęcę im chwilę w którymś z następnych postów. Wesołe miasteczko, które rozkładane jest z okazji Braderie de Lille, ma wiele atrakcji dla dużych i małych. Można bawić się na karuzelach, strzelać do celu, łowić plastikowe kaczuszki czy też wyruszyć na przejażdżkę po nawiedzonym domu. Każdy znajdzie coś dla siebie i bez wątpienia warto jest do tego wesołego miasteczka zawitać.
Wieczór bynajmniej nie oznacza końca Braderie de Lille. Noc z soboty na niedzielę wielu przyjezdnych sprzedawców spędziło w namiotach i samochodach, aby z samego rana rozłożyć stoisko. Nocne życie kwitło także dzięki turystom. Noc z niedzieli na poniedziałek to już mniejszy ruch. Wiele osób wraca do domu. Około godziny 20.00 zaczyna się składanie straganów i polowanie na śmieci.
W śmieciach znaleźć można prawdziwe cuda. Są drewniane stoły i krzesła oraz szafy. Złowić można książki, płyty, abażury, lalki Barbie i talerze, kubki, kufle, lustra i wiele innych fantastycznych rzeczy.
Prawie uległam wdziękowi jednego z ręcznie rzeźbionych krzeseł, ale w końcu powróciłam z mniejszymi łupami, które na pewno Wam pokażę. Polujących, na pozostawione przez sprzedawców przedmioty, ludzi nie brakuje. Z całą pewnością można się pięknie umeblować, nie wydając ani centa, jeśli ma się kogoś, kto nasze znalezione meble i dodatki pomoże przetransportować.
Na koniec mam dla Was jeszcze zdjęcia toalety:) Automatyczna toaleta nie tylko gada i automatycznie otwiera i zamyka drzwi, ale również sama się czyści. Widzieliście coś takiego?:)
Maksymalny czas pobytu w automatycznej toalecie to 20 minut. Mnie skojarzyła się ta toaleta trochę z budką samobójczą z Futuramy:) Ogólnie polecam:)
Jeśli podczas Braderie de Lille zachce się nam siusiu, to powinniśmy szukać takiej toalety. Wstąpić możemy również na piwo do pubu i tam skorzystać z ubikacji.
Nad bezpieczeństwem całej imprezy czuwa policja, ale oczywiście powinniśmy uważać na nasz portfel i pilnować zakupów.
Nie spodziewajmy się również wybitnie smacznego jedzenia. Przy tak ogromnym popycie na ciepłe posiłki, restauracje i budki oferują potrawy robione na szybko.
Bez wątpienia warto wybrać się na Braderie de Lille ot tak, żeby tylko sobie pochodzić i popodziwiać. Być może uda się nam upolować jakieś cudeńko, a z całą pewnością zgromadzimy sobie wiele miłych wspomnień.
Relacja z zeszłego roku: Braderie de Lille
PEACE
niedziela, 2 września 2012
Braderie de Lille - największy pchli targ w Europie...sami zobaczcie:)
Największy pchli targ w Europie ma miejsce właśnie w Lille. W zeszłym roku deszcz pokrzyżował mi plany i nie udało mi się spędzić dwóch dni na bieganiu po stoiskach ze starociami i nie tylko. Dwa weekendowe dni bowiem trwa to kolorowe szaleństwo a kiedyś nawet i w poniedziałek, specjalnie z okazji Braderie, mieszkańcy Lille mieli wolny dzień od pracy. Muszę przyznać, że i w tydzień nie dałabym rady obejść całego tego targu i nogi od dwóch dni chodzenia bardzo mnie bolą:) W każdym razie, historia Braderie de Lille sięga XII wieku i od tego właśnie czasu, raz w roku, miliony ludzi zjawiają się w Lille na pchlim targu.Tradycyjnie,podczas Braderie de Lille jemy małże i frytki. Wyjadanie małży ogarnia głównie turystów, ale oczywiście nie tylko. Mnie do małży nie ciągnie i darowałam sobie, ale zrobiłam Wam foto z przewodnika po Braderie de Lille (47 stron A5:)). Najczęściej małże w takim właśnie naczynku nam zostaną zaserwowane i po sposobie jedzenia od razu widać, kto świeży małżowicz a kto już wie co i jak.
Pisałam Wam już o Chti i chcę zaprezentować jedną bardzo ciekawą reklamę, również z Braderie de Lille le Guide 2012. Dumni są jak widać mieszkańcy północy ze swojej historii i dumni ze swoich zwyczajów. Bardzo mi się spodobała ta reklama.
Kiedy już małże zostaną zjedzone, właściciele restauracji nie wyrzucają muszelek. Muszelki te bowiem usypane zostaną uroczyście w kopczyki i restauracja, której kopiec będzie największy, wygra małżowy konkurs.
Właścicielom restauracji na sprzedaży małży zależy więc i chętnie małże sprzedają nawet w dość okazyjnych cenach.
Na Braderie de Lille sprzedają swoje zbędne rzeczy mieszkańcy Lille i również znaleźć możemy stoiska profesjonalnych handlarzy starociami oraz komercyjny blichtr made in china.
Zaczynamy więc wycieczkę, zaglądając śmiało w paszczę aligatora. Podobno aligator ten wyśmienicie strzeże domostwa, szczególnie, jeśli złodziej nam się do domu włamie w nocy i nie bardzo dobrze widzi, ale widzi na tyle, aby dostrzec rozdziawioną paszczękę.
Od aligatora maszerujemy do czasów PRL-u. Te oto wagi zbytniej sensacji nie wzbudzały wśród przechodzących a mnie tak jakoś się zebrało na sentymentalne wspominki.
Nieopodal wag mamy coś dla miłośników scrapbookingu i sztuki stemplowania.
Tutaj następuje przerwa na piwo w pobliskim pubie. Jeszcze jest dość wcześnie, więc nie ma wielkiego tłumu. Pingwinia przeprawa nastąpi dopiero za kilka godzin i nie będzie wesoło ponieważ naprawdę iść będziemy stopa za stopa a chwilami zwyczajnie będziemy stali...
...Na razie ludzie sobie chodzą z przerwami i jest gites a piwo też jest fajne, mimo że to tylko Jupiler:) W dobrym towarzystwie wszystko smakuje a ramię na filmie to właśnie mego lubego ramię:))
Tutaj zaczyna być już odrobinkę tłoczno, ale nadal da się iść więc nie jest źle. Jesteśmy sobie starej części miasta.
Jak widać ludzi jest dużo i usłyszeć można różne języki a wśród nich angielski, niemiecki i polski (słyszałam nasze polskie 'ja pierdolę').
Po przecięciu placyku z bardzo nie tanimi rzeczami, zagłębiam się znów w różne różności, które być może też nie należą do najtańszych, ale za to oko cieszą niewątpliwie... I nie mówię tutaj, iż buty za 60 Euro po przecenie nie cieszą oka, ale chodzi mi na przykład o to:
Piesek doktor:) Rzec by się chciało: Wypchaj się pan z takim leczeniem....
Jak już mowa o wypychaniu to mamy również i zestaw małego wypychacza, tudzież małego sadysty.
Ja się zbytnio nie znam na piłach, ale kolekcja wydaje się być dość imponująca, zważywszy na fakt, iż to wszystko znaleźć możemy 'u stóp' psa.
A co się tyczy stóp...
Takie oto stopy w bucikach napotkać można na Braderie...Czy są to szewskie kopyta? Ta wisząca obok wygląda jak proteza:)
W całym tym wypychu...znaczy się przepychu...znaleźć możemy również rogi i lisy oraz wyliniałe ptaki i głowy jelonków...
Afrykańskich motywów było bardzo wiele. Były maski, miski, figurki, obrazki i materiały itp.
Tutaj z kolei mamy akordeon i stare telefony. Dużo akordeonów można było spotkać na sprzedaż i telefonów również. Widziałam nawet radiomagnetofon Grundig. Pamięta ktoś jeszcze Grundiga?:)
Egzotyczny domek dla ptaszków przykuł moją uwagę. Nie przepadam jednak za trzymaniem ptaków w klatkach. Myślę, że im smutno tak siedzieć w klatce a do tego nie chciałoby mi się sprzątać.
...się naczłapałam i czas na przerwę przy piwie. Super odświeżenie po prostu gwarantowane w ciepły dzień wrześniowy.
Zauważyłam, iż pan serwujący moczył kubeczki w zimnej wodzie. Podobno tak się robi, aby się ładniejsza pianka robiła a nie pianowy wielki bober.
Roiło się na Braderie de Lille od różnego rodzaju szafek i witrynek oraz komódek itp. Sporo osób kupowało meble tego typu i sporo osób kupowało krzesła i stołeczki.
Figurki i figureczki a obok nich laleczki:)
Lalek było bardzo dużo i oczywiście nie tylko takich stylowych. Można było znaleźć setki Barbie i My Scene i innych tego typu plastikowych panienek. Dość zdziwił mnie straganik, gdzie stało sześciu identycznych Kenów w wojskowych strojach...Czyżby ktoś budował swoją małą armię?:P
W każdym razie, tutaj raz jeszcze lale wypoczywają a w tle wyściskane misie i pieski.
Obok melonika przycupnął sobie mały, żółty pieseczek. Zobaczcie jaką ma słodką minkę:) Chciałby pewnie znaleźć nowego właściciela, który go pokocha.
Tutaj coś dla wielbicieli dewocjonaliów. Ten obrazek to nie rysunek ani foto. Obrazek ten jest wyszywany.
Myślę, że tutaj tak jakby właśnie widać, że są niteczki w tym dziele.
Pan jeleń i jego dziurki w nosie... I żeby nie było, na północy Francji ludzie lubią zwierzęta...nie tylko wypchane, ale również z cebulką....żartuję:)) Jednakże wypchanej zwierzyny było pod dostatkiem:)
...A jak ktoś nie lubi robaków...Mamy dwie pompki z trutką owadobójczą:) Te pompki widziałam na kilku straganach a więc pewnie były kiedyś popularne.
Wiecie, co to jest to duże, okrągłe metalowe?
............
............
............
............
............
............
............
............
............
............
............
............
............
............
............
............
............
............
............
............
............
............
............
............
............
............
............
............
............
KASK GÓRNIKA
Ja nie wiedziałam, ale mi moje kochanie powiedziało. Północ Francji była regionem górniczym kiedyś i pełno było tutaj kopalni, w których pracowali również i Polacy.
Tu mamy stare hełmy wojenne a właściciel tego po lewo raczej wojny nie przeżył.
Kto wie, cóż to jest za urządzenie?:) Ja nie wiedziałam i zostałam oświecona znów przez mojego ukochanego, który wszystko wie, czego ja nie wiem:)
Obok Braderie stał lunapark. Fot nie cykałam, bo w lunaparku jak w lunaparku. Wszystko to co i wszędzie. Jednakże zrobiłam foto glutom. Te gluty są tradycyjnymi glutami, które dzieciaczki francuskie wcinają z apetytem.
Tutaj pan sam zwija gluty, które fachowo nazywają się Guimauve (czyt. gimow)
A tutaj Guimauve zwija specjalna maszyna. W tle lizaki, takie jak w Polsce:) i pączki.
Na koniec dodam jeszcze popisy żonglerskie i zabawę z piłkami w wykonaniu grupy francuskich, zwinnych panów. Wiele takich specjalnych popisów uprzyjemniało czas podczas Braderie de Lille.
Były na przykład występy orkiestry dętej i panowie maszerujący z wielkim żółtym pelikanem Pelforth'a i inne takie miłe przerywniki.
Na tym wycieczka się już kończy. Czas opuścić Braderie de Lille i udać się na zasłużony odpoczynek do domu. Jak wspaniale jest usiąść:)) Ciekawe, co będzie na Braderie de Lille za rok?
PEACE
PS. W wesołym miasteczku ciągnęłam za sznurek i wygrałam maskotkę:) Zrobię fotę i pokażę Wam później:))
Subskrybuj:
Posty (Atom)























































