poniedziałek, 16 maja 2016

Wycieczka do Bruges (Belgijska Wenecja:))

Witajcie Kochani! Odwiedziłam ostatnio malownicze miasto Bruges. Bardzo łatwo jest wybrać się tam na wycieczkę z Lille. Pociągiem to zaledwie dwie godziny i po tym czasie można się cieszyć super widoczkami. Bruges jest nazywane Wenecją Belgii, ponieważ jest tam sporo wody.
Chyba większość turystów decyduje się na malutki rejs łódką.

Ja również nie odmówiłam sobie tej przyjemności:)
Z łódki można podziwiać zabytkowe budowle. Są wśród nich kościoły i stare kamieniczki.

Nasz przewodnik mówił po angielsku, francusku i flamandzku. Dzięki temu wszyscy turyści mogli go zrozumieć. Do Bruges zjeżdżają ludzie z całego świata i spacerując po mieście, można usłyszeć najróżniejsze języki.



Podczas tej części wycieczki zdjęcia robił mój luby. Ja za to gapiłam się wkoło oczarowana. Podobało mi się przepływanie pod kamiennymi mostami i domy, których okna wychodziły wprost na wodę.

Dowiedzieliśmy się, że za 1500000 euro można obecnie stać się posiadaczem przykanałowego lokum o czerwonych drzwiach. My nie byliśmy zainteresowani kupnem, ale za to zrobiliśmy zdjęcie:)

Lubemu wpadł w oko budynek o czerwonych okiennicach. Kolor ślicznie rozpogadzał surowość starej cegły. W szybach odbijało się niebieściutkie niebo.

Och jak było przyjemnie unosić się na wodzie pośród całej tej architektury, Ku mej uciesze, łódką wcale nie bujało i czułam się bezpiecznie. Nasz przewodnik umiał się zareklamować. Był to podobno jego trzeci dzień w pracy i jak dotąd bez wypadku:) W sumie nic dziwnego, bo po kanale pływa się powolutku, a cała wyprawa trwa około pół godziny.

Kiedy już zeszliśmy na ląd, to zaschło nam w gardłach. Rozglądaliśmy się w poszukiwaniu jakiegoś miłego miejsca z tarasem...

...i udało się! Znaleźliśmy niezwykle przyjemny pub z widokiem na wodę.  Skosztowaliśmy lokalnie warzonych piw Brugse Zot i Straffe Hendrik. Były to jedyne piwa warzone w Bruges i oba o dość zacnej mocy.

Z pubu udaliśmy się na wycieczkę po lądzie. Zaczęłam od uwiecznienia wieży, która z mojej perspektywy wyglądała, jakby pacało ją stado gigantycznych kotów...:)

Zwiedziliśmy okoliczne kościoły. W jednym z nich znajdowała się, zamknięta w szklanej skrzyneczce. krew Chrystusa. Nie wolno było tam robić zdjęć, więc powiem Wam tylko, że skrzynka wystawiona była na podeście i każdy mógł ją pogłaskać i ucałować. Wystarczyło ustawić się w kolejce, która nie była nawet jakaś strasznie długa. Wierzcie mi, że po głaskaniu i całowaniu nikt tej skrzynki nie przecierał. Ksiądz, który jej pilnował zerkał tylko badawczo na turystów.
W kościele nieopodal zakazu fotografowania nie było.

Ku memu zdziwieniu było tam dość skromnie. W oko wpadły mi zabytkowe figury.

Były takie surowe i niewątpliwie mogłyby nastraszyć niejednego malucha. Spodobał mi się Chrystus przy oknie. Siedział sobie i patrzył spod przymkniętych powiek. Ze związanymi rękami wyglądał  jak więzień w celi, łapiący przez wąskie okienko chwile zwykłego życia.







Syclilśmy oczy, bo naprawdę było na co patrzeć. Wszędzie dookoła, było coś ciekawego. Zapędziliśmy się w ciche miejsce, z którego można było zerknąć na nadwodną zabudowę, do której wycieczkowe łodzie nie docierały. Zobaczcie jak nisko nad wodą znajdowały się parterowe okna. Wyglądało to dość surrealistycznie.

Trasa wycieczkowa łódek prezentowała się moim zdaniem bardziej monumentalnie i oczywiście panował przy niej znacznie większy gwar.

Zatoczyliśmy wielkie koło i cały czas odkrywaliśmy jakąś nowość. Po długiej wędrówce znów przysiedliśmy w pubie nad wodą i tym razem skusiłam się na kokosowe piwo Coconut od Mongozo.

Bruges to również kolebka wspaniałych koronek. Sklepy z koronką brugijską mijaliśmy niemalże na każdym kroku i oczywiście zażyczyłam sobie zdjęcie przed jednym z nich:D

Natrafiliśmy również na muzeum tortur. Jak myślicie, chciałam je odwiedzić?:) Oczywiście, że tak:))

sobota, 14 maja 2016

Artykułowany smok z drucianym szkieletem (...i ma coś wspólnego z moim kotem:))

Wyobraźcie sobie, że do Niewielkiego wymiaru przybył smok. Nie jest duży, ale za to bardzo dużo ma w sobie wdzięku:)

Szkielet z drutu zapewnia smokowi nieco mobilności. Może się wyginać, machać ogonkiem i brykać wesoło. Maluszek ma w brzuszku ziarna ciecierzycy, a jego ciałko zrobione jest na szydełku z wełny.
Składa się ono z wielu elementów, którymi obszyłam szkielet.
Przy okazji smoka poćwiczyłam filcowanie. Pierwszą warstwę smoczej skóry ufilcowałam z płatków kosmetycznych. Okazało się, że właśnie takie najzwyklejsze, okrągłe płatki kosmetyczne nadają się do filcowania, choć nieco  brak im spójności. Później dałam smokowi kolorowe plecki z czesanki i nieregularne prążki...


Zgadniecie z czego te prążki ufilcowałam?:)

Kocia sierść świetnie nadaje się do filcowania i przypuszczam, że również i taka z długowłosych psów sprawdziłaby się wzorowo.

Muszę sprawdzić, czy da się sierść mojej kici ufarbować w łupinkach z cebuli. Na razie gromadzę łupinki i podzielę się z Wami wynikiem tego eksperymentu. A może już próbowaliście farbować w cebuli włosy Waszych milusińskich? Jestem bardzo ciekawa, czy uda mi się uzyskać jakiś fajny kolor. Zainspirowało mnie farbowanie w cebuli pisanek:D

W każdym razie niefarbowane włoski mojej kotki tworzą miłą dla oka kompozycję i na pewno jeszcze będę je wykorzystywać do filcowania:) Bardzo Wam polecam takie użycie kociej sierści.



Smocze łapki, uszy i pyszczek zrobiłam z modeliny i pomalowałam farbami akrylowymi i pastelami. Na końcu zabezpieczyłam je przezroczystym lakierem do paznokci.



Chciałam, tchnąć w smocze oblicze nieco więcej ekspresji i dlatego uszy można wpinać w główkę na wiele sposobów.








Ostatnim krokiem było flokowanie strzępkami białej włóczki. Nałożyłam klej wokół łapek i przy główce i obsypałam te miejsca włóczkowym pudrem.

Wykonanie smoka zajęło mi około miesiąca, ale nie spieszyłam się. Był to super czas nauki filcowania i bardzo spodobało mi się dziabanie igiełkami, choć wielokrotnie sprawiłam sobie morfologię:)
Teraz już wiem, dlaczego ludzie zakładają na palce skórzane ochraniacze:D









Jak widzicie, smok doczekał się wielkiej sesji zdjęciowej. Pozowanie go to frajda i pewnie jeszcze kiedyś zrobię jakieś zwierzątko z drucianą armaturą.



Jak podoba się Wam ten malutki smok?









Hadze bardzo przypadł do gustu. Najpierw elfka znalazła gniazdo ze smoczymi jajami. Niestety wszystkie jaja były skamieniałe i pod żadną ze skorupek nie tliło się życie.

Haga głośno westchnęła, bo choć skamieniałe smocze jaja były niezwykle piękne, to chętnie spotkałaby żywego przedstawiciela smoczego gatunku. Bardzo lubiła smoki za ich inteligencję. Choć nie wszystkie, jakie do tej pory spotkała, były szlachetne i dobrotliwe, to wszystkie odznaczały się sprytem i miały nieraz bardzo zaskakujące pomysły.
Zanim oderwała oczy od skamielin, poczuła ciepły podmuch na czole. Podniosła wzrok i stanęła oko w oko z najprawdziwszym smokiem.

Smok patrzył na nią badawczo. Być może podejrzewał elfkę o złe zamiary?  Haga chrząknęła i przedstawiła się. Smok najwyraźniej do rozmownych nie należał, bo nie odpowiedział.

Zamiast tego przewrócił się na bok i domagał się, aby go głaskać po brzuszku. Haga była już całkiem pewna, że to jeden z tych łagodnych smoków. Być może nie miał nawet w zwyczaju ziania ogniem? Odetchnęła z ulgą i położyła dłonie na ciepłym futrze. Tak, tak, na futrze, bo nie wszystkie smoki pokryte są łuską. Ten był mięciutki i skory do zabawy.

Chcielibyście spotkać takiego smoka?:)


Życzę Wam moi Kochani miłego wieczoru i ślę buziaczki!

PEACE