środa, 20 maja 2015

Stół odmieniony serwetą i ciepłolubna Panna Miau

Witajcie Kochani:) Udało mi się wreszcie skończyć serwetę szydełkową z Robótki Ręczne Extra nr 6/2012. Zdecydowałam się na grubsze od zalecanego szydełko, inny kordonek, z białego zmieniłam kolor na czarny i dodałam frędzle. Marzyła mi się taka leciutko egzotyczna serwetka i chyba się udało.
Serwetka spoczęła dumnie na stole wczoraj wieczorem i od razu doczekała się zdjęć. Chciałam Wam pokazać efekt końcowy.
Co na nią powiecie? Może być? Czy Wam też się kojarzy z wietnamskimi klimatami?













Wczoraj Panna Miau była trochę niepocieszona, bo obrus to istna ślizgawka, kiedy wskakuje się na stół z całym impetem, a do tego serwetki nie wolno drapać. Dzisiaj już kicia dąsa się mniej i odpuściła sobie brykanie po stole, a zajęła się wpatrywaniem w deszczowe okno.
Niby słonko świeci, ale na dworze jednak jest zimno i w domu siedzi się bardzo przyjemnie zwłaszcza gdy jest się starszym koteczkiem. Panna Miau lubi łapać ciepełko przez szybę.































...i uwielbia myć swoje mięciutkie futerko:) ...nawet między palcami musi być czysto:D
























Ściskam Was serdecznie, a Panna Miau robi mru mru. Trzymajcie się cieplutko:)

PEACE

poniedziałek, 18 maja 2015

Dzień w Lille - zoo, cytadela i drobne przyjemności

Bardzo miło wykorzystać do maksimum pogodę i nacieszyć się naturą. Parę dni temu wybrałam się na długi spacer, okraszony małymi przyjemnościami:)
Zaczęło się od wizyty w cytadeli. Słońce świeciło tak pięknie, ptaki śpiewały, a po wodzie pływały barki. Wszystko cudownie pasowało do siebie.
O idealnej harmonii z całą pewnością przekonane były także kaczki, które pogodnym kwakaniem wypełniały zielone zakątki.
Mój luby pstrykał foty telefonem (to te duże, podłużne), a ja zabrałam mój paropikselowy, mocno wysłużony aparat. Udało mi się uchwycić nie tylko różnych pierzastych mieszkańców parku, ale również i niektórych rezydentów zoo w Lille.
Lubię to zoo, bo wstęp jest darmowy i choć nie ma takich zwierząt jak lew, żyrafa czy słoń, to nie brakuje mniejszych milusińskich. Zoo jest każdego roku odnawiane, niektóre wybiegi są modernizowane, a za wszystko płaci miasto. Fajne jest to, że czasem na jednym wybiegu przebywa kilka gatunków zwierząt. Jedynie okratowane klatki ptaków robią dość ponure wrażenie.

Fotografowałam i całkiem odpłynęłam w egzotyczne klimaty:)) Sami zobaczcie, jak to było.
Nieco śpiąca panda wypoczywała na drzewie, a szop się wypiął:D Surykatki natomiast miały parcie na szkło:) Królową obiektywu postanowiła zostać także kaczusia. Tańcowała i tańcowała i zauroczyła mnie ostatecznie, stając na jednej nóżce.




























Czasami zwierzęta wygrzewały się na słonku i ani myślały zwracać uwagę na cokolwiek. Kapibara walczyła z Marami patagońskimi o palmę zwycięstwa w lenistwie i na moje oko wypadło ex aequo:)
Małpy z kolei były niezwykle zamyślone. Trochę jadły, trochę spacerowały po wybiegu i nie bardzo miały ochotę na pozowanie.  Tapir harcował z lamą, przebierał szybciutko nóżkami i wyglądało to dość komicznie i słodko zarazem.
Dzielące wodny wybieg z żółwiami potężne pelikany iskały piórka. Czapla przy nich zdawała się strasznie delikatna i zdecydowanie wolała trzymać się na uboczu.
Udało nam się zobaczyć pawia w pełnej krasie i dzikiego jelenia, który stał samotnie i z miną godną filozofa żuł trawę.
Nie pominęliśmy wiwarium. Zauważyłam, że nietoperze najbardziej lubią wisieć pod lampami uv. Zdjęcia niestety nie udało mi się im zrobić, ale za to pięknie zaprezentował się jeden z węży i zieloniutki gekon.
Nosorożce i zebry były w ogromnie zalotnych nastrojach:) Pełno było przytulania i głębokich spojrzeń.

To jak to jest z tymi zebrami? Czarne w białe paski, czy białe w paski czarne?:) Podobno futerko jest czarne, a białe paski są wynikiem braku pigmentacji...ale kto wie, jak to jest naprawdę?:)

Po tym całym spacerku zachciało się nam iść w ślady kapibary i wygodnie się gdzieś uwalić:) Najpierw odpoczęliśmy na trawce, a później ruszyliśmy do miasta.
Przeszliśmy przez odbudowany ostatnio mosteczek z czasów napoleońskich. Poczłapaliśmy kameralnymi uliczkami i wylądowaliśmy w pubie przy kuflu przyjemnie zimnego, odświeżającego piwa.
Wieczorem poszliśmy do restauracji i po raz pierwszy skosztowałam żabich udek:)

Bardzo mi one posmakowały i na bank jeszcze kiedyś się skuszę. Są delikatne w konsystencji i w smaku. Przypominają troszkę kurczaka:) Żabie udka to dla mnie bardzo pyszny symbol Francji. Mój luby ich nie jada i jakoś dopiero po kilku latach mieszkania we Francji, złożyło się tak , że żabie udka wylądowały na moim talerzu:)


Miałam okazję również spróbować sushi, ale żaden z trzech rodzajów mi nie podszedł.  Zdjęcia nie ma, bo byłoby bardzo mało apetyczne:) Kiedy coś mi nie smakuje, to od razu to widać, bo nie potrafię zachować kamiennej twarzy:D

Jedliście żabie udka? Spróbowalibyście? Lubicie sushi? Odkryliście ostatnio jakiś nowy przysmak?


Dzień był pełen wrażeń i jak wróciłam do domu, to padłam. Nie chciało mi się nawet paluszkiem ruszyć. To było bardzo przyjemne zmęczenie:)

PEACE