O moich zeszłorocznych łódzkich przygodach możecie przeczytać tu, tu i tu.
W tym roku zaczęło się zupełnie tak samo jak ostatnio. Zanim jednak weszliśmy na lotnisko w Charleroi, musieliśmy przejść przez duży namiot, w którym ustawiono dodatkowe bramki i przeprowadzano wyrywkowe kontrole. Samo lotnisko dostało dodatkową ochronę wojskową i żołnierze co chwila przechadzali się w tę i we w tę.
Najbardziej malownicza część podróży zaczęła się, kiedy dostaliśmy się na pokład samolotu i wzbiliśmy w powietrze:)
Właściwie sam samolot nie bardzo mnie interesuje. Źródłem nieustającej fascynacji są dla mnie chmury. W różnych kształtach i różnej wielkości, niektóre mija się szybciej a inne długo. Jedne wyglądają jak gęste puchate góry, a inne są leciutkie jak mgiełki.
Do Warszawy dotarliśmy późnym wieczorem. Przywitały nas wesołe światła metropolii. Myślę, że były wesołe, bo mnie na sam ich widok dopadło wyczekiwanie i pozytywne pobudzenie:)
Następnym etapem było dostanie się Łodzi. Odebraliśmy bagaż i po kilkunastu minutach mogliśmy cieszyć się jazdą autostradą. Dotarliśmy na miejsce lekko zmęczeni, ale zadowoleni.Okryte kołderką nocy miasto, obudziło się z nami kolejnego poranka i wakacje rozpoczęły się na całego:)
Zobaczyliśmy na przykład wstążkową instalację na Starym rynku w Łodzi.

Bardzo mi się ona spodobała i ożywiła plac, na którym za czasów mojego dzieciństwa stał pomnik Juliana Marchlewskiego.
Miałam także okazję dosiąść się do stolika łódzkich fabrykantów. Rzeźba stoi na ulicy Piotrkowskiej i przedstawia Izraela Poznańskiego, Karola Scheiblera i Henryka Grohmana.
W ogóle sporo czasu spędziliśmy na Piotrkowskiej, zwanej przez Łodzian pieszczotliwie Pietryną. Jest to jedna z najdłuższych ulic handlowych w Europie i stopniowo odnawiana, prezentuje się bardzo ładnie.
Oprócz sklepów, przy Piotrkowskiej znajdują się różne restauracje, pizzerie i puby. Jedno z moich ulubionych miejsc to Klub Piotrkowska 97. Wygląda niczym kreacja z filmów Davida Lyncha i od lat niewiele się zmienia. Nie jadam tam, ale zawsze z wielką radością wpadam na Mojito. Sala ze skórzanymi czerwonymi kanapami, kwiecistą tapetą i zdjęciami starej Łodzi jest niezwykle klimatyczna. Jeśli kiedykolwiek będziecie w okolicy, to bardzo polecam.

W tym roku po raz pierwszy skosztowałam smakowitych naleśników w naleśnikarni "Manekin" (to sieć, która znajduje się nie tylko w Łodzi), ale zdjęć talerza nie będzie, ponieważ o wiele godniejszym uwagi elementem posiłku okazał się pokaźny dzban piwa:D
Na wizyty w lumpeksach niestety nie starczyło mi czasu i udało mi się upolować zaledwie jedne spodnie (te fioletowe na zdjęciu z żółtą koszulką)
Więcej zakupów zrobiłam w sklepie indyjskim. Trafiły mi się tam bowiem fajne szarawe szarawary ( te zestawione na foto ze swetrem) i długa spódnica, którą przetestowałam dopiero po powrocie:)
Nie oparłam się też delikatnej bransoletce drzewem.
Trampki z ptaszkiem znalazłam z kolei na szalonej wyprzedaży w CCC i za niewiele ponad 20 zł są moje:)
Aha...no i na spodnie w kółka, trafiłam całkiem przypadkowo, szukając swetra dla Lubego w C&A w "Manufakturze" (wielkim centrum handlowym, które mieści się w starym kompleksie fabrycznym). Wisiały sobie samiuteńkie z męskimi jeansami i nie mam pojęcia, czy są to spodnie męskie czy też ktoś po prostu odwiesił je w dziale dla panów. Tak czy owak, pasowały i również były na wyprzedaży, podobnie jak niebieska bluza w Reserved:) Bardzo lubię wyprzedaże, a Wy?
Długo wyczekiwanym i bardzo zaplanowanym zakupem był z kolei konik do pozowania My Little Pony.
Zginane nóżki są rewelacyjne i ku mojemu pozytywnemu zaskoczeniu, konik jest ciężki i stabilny:)
Maleństwo pierwszą sesję zdjęciową ma już za sobą...
Wykorzystałam jeden piękny, letni poranek i nim wybyłam na miasto, zrobiłam kilka zdjęć:)
Nie obyło się także bez lizania lodów. Najbardziej lubię takie w kulkach, a Wy? Zaskoczył mnie smak ogórkowo-miętowy:)
Luby natomiast podzielił się ze mną ciekawym spostrzeżeniem. Otóż, chodzi o serwetki papierowe. W Polsce taka kwadratowa, cienka serwetka papierowa, to widok całkiem powszedni, a mój Luby wcześniej takich nie widział:)
Tegoroczne wakacje spędziliśmy nie tylko w Łodzi, ale mieliśmy okazję pozwiedzać Kalisz. Bardzo lubię to miasto i w drugiej części wakacyjnych wspomnień pokażę Wam zdjęcia właśnie stamtąd.
Teraz jeszcze tylko chcę się z Wami podzielić spostrzeżeniami odnośnie Łodzi. Po pierwsze, coraz więcej odnawia się budynków, ale też niestety niektóre są w stanie mocno opłakanym. Starodawne elewacje okryte siatką naprawdę wołają o pomstę do nieba (albo drewniane daszki, chroniące przechodniów przed gruzem jak na foto poniżej). Szkoda, że się takie historyczne budynki walą, bo odnowione byłyby cudowną ozdobą miasta i wpłynęłyby pozytywnie na otoczenie. Zauważyłam także, większą niż zwykle ilość amatorów napojów wyskokowych. Wśród nich byli grupujący się na ławkach, żłopiący przechodzący, drący się w nocy, lejący w bramach, patrzący spode łba i bełkotliwie zaczepiający. W oczy rzuciła mi się niepokojąco duża liczba łysawych w koszulkach z patriotycznymi hasłami, symbolem Polski Walczącej i polskim godłem. Sporo ludzi zajmuje się również łapaniem Pokemonów:) To samo jest we Francji, ale mnie jakoś ta gra nie ciągnie, bo jak wiecie, po prostu uwielbiam lalki:D
Mam nadzieję, że Łódź z roku na rok będzie coraz piękniejsza i coraz przyjaźniejsza. Tego zresztą życzę całej Polsce:)

A Wy jesteście już po wakacjach czy przed? Gdzie najchętniej wyjeżdżacie?
Przesyłam Wam moc buziaczków i ciepłe uściski i serdecznie zapraszam Was już na kolejną porcję wrażeń, tym razem kaliskich, które to ukażą się niebawem:)
PEACE











